sobota, 4 kwietnia 2015

Życie wypuszczone z rąk

Jest co najmniej kilka powodów, by sięgnąć po tę książkę. Tragiczna śmierć głównego bohatera nie jest wcale najważniejszym z nich. „Robert Enke. Życie wypuszczone z rąk” to biografia niesamowita pod każdym względem, która dla każdego kibica powinna być lekturą obowiązkową. Przekona się o tym każdy, kto po nią sięgnie.

Na wstępie krótkie przypomnienie: 10 listopada 2009 roku Robert Enke rzucił się pod koła pędzącego pociągu, odbierając sobie życie. Miał 32 lata, za sobą całkiem niezłą piłkarską karierę, z epizodem w samej FC Barcelonie, a przed nim pojawiła się właśnie szansa na zajęcia stałego miejsca między słupkami reprezentacji Niemiec. W jego życiu prywatnym wszystko też wydawało się układać jak najlepiej – od tragicznej śmierci córeczki Lary minęły trzy lata, więc czas zdążył zagoić ranę po jej stracie. Wraz z żoną Teresą adoptowali właśnie kilkumiesięczną Leilę, z którą mieli spędzić teraz długie i szczęśliwe życie. Mieli. Drugi atak depresji w życiu Roberta okazał się zbyt silny. Bramkarz nie potrafił poradzić sobie z chorobą i po raz kolejny pomyślał o samobójstwie. Niestety tym razem nie cofnął się w ostatniej chwili… Jego śmierć wstrząsnęła całym piłkarskim światem. Dwa lata później do księgarni w Niemczech trafiła biografia piłkarza pisana przez jego przyjaciela, która niespełna trzy miesiące temu w końcu doczekała się polskiego wydania.

Piękny hołd
Piszę „w końcu”, bo pozycja zatytułowana „Życie wypuszczone z rąk” to absolutny piłkarski „must read”. Tytuł William Hill Sports Book of The Year, przyznany jej autorowi, Ronaldowi Rengowi, w 2011 roku, był wystarczającą rekomendacją, by sięgnąć po tę książkę. Spodziewał się świetnej lektury i taką właśnie się okazała. Nie, nie jest to próba żerowania na ludzkiej tragedii. Ta biografia zaczęła powstawać jeszcze za życia Roberta Enke, który zadecydował, że w końcu wyzna w niej całą prawdę o swojej walce z depresją. Choroba go uprzedziła, ale dzieło dokończył Reng, niemiecki dziennikarz i przyjaciel rodziny, który do momentu samobójstwa piłkarza nie miał pojęcia o tym, z czym ten się zmagał. Dopiero gdy dotarła do niego tragiczna informacja, uświadomił sobie, co znaczyły niektóre ze słów jego kolegi. Decyzję o dokończeniu książki podjął dopiero wtedy, gdy poprosiła go o to Teresa, żona Roberta. Podporządkował całe swoje życie tej biografii, dzięki czemu powstała wyjątkowa książka, będąca pięknym hołdem oddanym wspaniałemu człowiekowi.

środa, 25 marca 2015

Sam na sam ze śmiercią

Miłośnicy sportowych powieści mogą z radością zacierać ręce! Nikodem Pałasz powrócił ze swoim nowym kryminałem, tym razem osadzając jego akcję nie w tenisowym, a piłkarskim świecie. Jego dzieło – książka „Sam na sam ze śmiercią” – to wciągająca historia, która okazała się świetną kontynuacją pierwszej publikacji autora.

Na wstępie małe przypomnienie. W styczniu ubiegłego roku do księgarni trafiła premierowa książka Pałasza – „Brudna gra”. Powieść opowiadała historię śledztwa prowadzonego przez inspektora stołecznej policji – Wiktora Wolskiego, który szukał mordercy Artura Malewicza, utalentowanego polskiego tenisisty. Literacki debiut wypadł niezwykle udanie, o czym pisałem na blogu. Interesująca postać głównego bohatera, ciekawie rozwijająca się akcja, niedopowiedzenia oraz tajemnicze historie – to największe z zalet pierwszej powieści autora, o których pisałem przed ponad dwunastoma miesiącami. Nic dziwnego, że po tak pozytywnym odbiorze debiutanckiej powieści Pałasza, miałem ogromny apetyt na kolejną, tym bardziej, że była kontynuacją przygód Wolskiego. Choć początkowo miałem kilka wątpliwości, lektura okazała się równie przyjemna, co „Brudna gra”, więc stosując żargon piłkarski, mogę powiedzieć jedno: autor trzyma formę. A to w przypadku powieści niezwykle ważna rzecz.

Déjà vu na początek
Zanim jednak po raz kolejny wciągnąłem się w opowiadaną przez Pałasza historię, gotów byłem stwierdzić, że druga książka jest bardzo podobna do pierwszej. Zbyt podobna. Takie odniosłem wrażenie, czytając pierwszych kilkadziesiąt stron. O ile trudno przyczepić się do takiego samego schematu opowieści (tajemnicza śmierć czarnoskórego piłkarza, Molokiego Mooketsiego – rozpoczęcie śledztwa – poznawanie kolejnych podejrzanych), bo w końcu kryminał jako gatunek rządzi się swoimi prawami, o tyle rzuciły mi się w oczy podobne szablony wykorzystane przez autora. Chodzi przede wszystkim o wątki przypisane do świata sportu. Można powiedzieć, że zmieniła się dyscyplina, o której pisze autor, ale poruszane tematy pozostały bez zmian. W „Brudnej grze” mieliśmy korupcję, w „Sam na sam ze śmiercią” ona również występuje. W pierwszym kryminale był temat dopingu, w drugim tez pojawia się ten wątek. Handel meczami? Proszę bardzo. Alkohol? A i owszem, znajdziemy go w obu publikacjach.

niedziela, 22 marca 2015

Akcja „Warto czytać książki sportowe”. Pochwal się swoją kolekcją i zachęć innych do czytania!

Osób, które odwiedzają ten blog, nie trzeba przekonywać, że warto czytać książki sportowe. Nie wszyscy są jednak świadomi tego, że to niezwykle miły i pożyteczny sposób na spędzanie wolnego czasu. Pokażmy, że tak właśnie jest, prezentując nasze biblioteczki i zachęcając innych kibiców do sięgnięcia po wartościowe lektury o sporcie!

Mniej więcej przed rokiem wpadłem na pomysł akcji „Lubię książki sportowe”. Zabawa cieszyła się dużym zainteresowaniem, a udział wzięło w niej ponad 20 osób. Jej podsumowanie znajdziecie pod tym linkiem. Dwanaście miesięcy to szmat czasu, dlatego postanowił stworzyć kolejną akcję i raz jeszcze zmobilizować społeczność czytających kibiców. Wasze biblioteczki z pewnością się powiększyły, podobnie jak grono osób odwiedzających blog, więc liczę na duże zaangażowanie i sporą liczbę uczestników.

Zasady akcji są bardzo podobne do tych sprzed roku. Wystarczy przesłać na e-mail ksiazki.sportowe@gmail.com zdjęcie swojej biblioteczki z kartką, na której widnieć będzie napis: „Warto czytać książki sportowe”. W treści wiadomości należy napisać kilka słów o sobie oraz swojej kolekcji, a także podać pięć powodów, dla których waszym zdaniem warto czytać publikacje o sporcie. Całość powinna być podpisana waszym imieniem, nazwą miejscowości, z której pochodzicie, i wiekiem.

środa, 18 marca 2015

Jerzy Dudek zapowiada nową książkę

Dobra informacja dla wszystkich fanów piłki nożnej! Za kilka tygodni na rynku pojawi się kolejna biografia Jerzego Dudka. – Koledzy, którzy mieli okazję posłuchać różnych moich wspomnień, już od dawna powtarzali mi, że muszę usiąść nad drugą książką – mówi były bramkarz reprezentacji Polski w wywiadzie dla magazynu „Four Four Two”.

Informacje o tym, że Dudek pracuje nad następną częścią wspomnień, krążyły w piłkarskim środowisku od jakiegoś czasu. Były golkiper m.in. Feyenoordu Rotterdam i Realu Madryt oficjalnie potwierdził pogłoski w rozmowie z „Four Four Two”. – Nowa książka jest już w 95 procentach gotowa, została tylko do opracowania jakaś kosmetyka. Od 2005 roku, kiedy zaczynałem pracę nad pierwszą książką, w moim życiu wydarzyło się jeszcze więcej niż do tamtego momentu. Aż ciężko mi nawet czasem w to uwierzyć, że przez te dziesięć lat przeżyłem tyle różnych historii, którymi mogę się teraz na spokojnie podzielić z kibicami i przyjaciółmi – mówi piłkarz, który zakończył karierę 4 czerwca 2013 roku. Wystąpił wtedy po raz ostatni w oficjalnym meczu, zaliczając 34 minuty podczas towarzyskiej potyczki Polski z Lichtensteinem.

piątek, 13 marca 2015

Pierwszy Polak w FC Barcelonie?

Walter Rozitsky. Był przed wojną taki piłkarz, którego nazwisko widnieje w kronikach dwóch największych hiszpańskich klubów – FC Barcelony i Realu Madryt. Czy to możliwe, że ten zawodnik był Polakiem? Adam Węgłowski w ostatnim rozdziale książki „Bardzo polska historia wszystkiego” stara się znaleźć odpowiedź na to pytanie.

O Walterze Rozitsky’m pierwszy raz usłyszałem kilka lat temu. W książeczce poświęconej Realowi Madryt z serii „Słynne kluby piłkarskie” (wydanej w 2007 roku przez „Gazetę Wyborczą”) widniało zdjęcie tego piłkarza z dopiskiem o tym, że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż miał polskie korzenie. Świadczyć miała o tym polska flaga widniejąca obok nazwiska Rozitsky’ego w klubowym muzeum. Kiedy więc odezwało się do mnie Wydawnictwo Znak Horyzont z pytaniem, czy byłbym zainteresowany zapoznaniem się z tą nieco tajemniczą historią poprzez książkę, stwierdziłem, że czemu nie? Z chęcią przeczytałem ostatni rozdział publikacji Adama Węgłowskiego i choć nie daje on jednoznacznej odpowiedzi, kim był Rozitsky i czy miał w ogóle coś wspólnego z Polską, napisany jest ciekawie. Autor postarał się wskazać kilka prawdopodobnych scenariuszy tego, jak mogło potoczyć się życie zawodnika, udowadniając, że historia kryje wiele niezwykłych tajemnic, których rozwiania możemy się nigdy nie doczekać.

Mimo że rozdział zatytułowany „Przedwojenny Ronaldo był Polakiem?” liczy około 25 stron, autorowi udało się w nim zawrzeć wiele ciekawych informacji, nie tylko na temat Rozitsky’ego. Węgłowski swoją opowieść rozpoczyna od opisu pierwszego międzypaństwowego meczu Polski, czyli spotkania z Węgrami z 18 grudnia 1921 roku, zastanawiając się, czy debiut mógł wypaść bardziej okazale, gdyby w biało-czerwonych barwach wystąpił ówczesny piłkarz z przeszłością w FC Barcelonie i Realu Madryt. Już pierwsze fragmenty dobrze określają charakter tego rozdziału, a także całej pozycji. Nie jest to typowa książka historyczna, oparta wyłącznie na faktach i pewnych informacjach, ale także swoista wizja biegu historii z Polską i Polakami w rolach głównych. Autor często snuje bowiem przypuszczenia, jednak nie poczytywałbym mu tego za błąd. Tam, gdzie zaczyna brakować dowodów, można przecież  czasem puścić wodzę fantazji i zastanowić się na przykład, czy to właśnie Rozitsky, a nie Jerzy Dudek, był pierwszym zawodnikiem znad Wisły, które reprezentował barwy Królewskich.

środa, 4 marca 2015

Marcowe premiery

Wolno rozkręca się ten rok, jeśli chodzi o nowe książki sportowe. Dwanaście miesięcy temu mogliśmy liczyć na kilkanaście marcowych premier, teraz można je policzyć na palcach jednej ręki. Plus jest taki, że wśród publikacji, które wejdą do sprzedaży w ciągu najbliższych dni, znajdą się różnorodne tytuły. Będzie coś dla fanów koszykówki, tragicznych biografii, a nawet… kryminałów osadzonych w świecie sportu.

Na początek o książce, którą miałem już okazję przeczytać i którą przygotowywałem do wydania. „Los Angeles Lakers. Złota historia NBA”, czyli druga publikacja Marcina Harasimowicza, trafi do sprzedaży 18 marca nakładem Wydawnictwa SQN. Pierwsza pozycja napisana przez tego autora – biografia „LeBron James. Król jest tylko jeden?” – w koszykarskim środowisku przyjęta została raczej chłodno. Przyznam szczerze, że sam, recenzując tę książkę w maju ubiegłego roku, nie wystawiłem jej najwyższej oceny. Miałem więc trochę obaw, kiedy brałem się za kolejną publikację Harasimowicza, ale wątpliwości zniknęły już po przeczytaniu kilkunastu stron. Nie wiem, czy wynikało to z tego, że jeśli chodzi o historię koszykówki, jestem kompletnym laikiem, ale książka zwyczajnie mnie wciągnęła. Zwłaszcza opis pierwszych lat funkcjonowania NBA dostarcza wielu anegdot, co znacząco wpływa na pozytywny odbiór pozycji o Jeziorowcach.

Kilka anegdot postanowiłem uwzględnić w opisie: „Dlaczego do George’a Mikana strzelano podczas meczu? Jak to możliwe, że jeden z zawodników Boston Celtics brał narkotyki, nawet siedząc na ławce rezerwowych? Który z Jeziorowców dorabiał, pracując w kancelarii prawniczej, a który miał stanąć do walki w ringu z samym Muhammadem Alim?”. To tylko namiastka tego, co znajduje się w liczącej 336 stron książce. Nie brakuje w niej zresztą także polskich wątków, łączących powstanie Lakers z biznesmenem urodzonym w Ostrowcu Świętokrzyskim. Warto podkreślić, że autor nie skupia się w publikacji wyłącznie na zespole mającym siedzibę w Los Angeles, ale kreśli również szerszy obraz dziejów NBA, jej największych drużyn oraz gwiazd. Tyle na ten moment, bo na dłuższy tekst na temat tej pozycji przyjdzie jeszcze czas. Jak tym razem wypadł efekt prac Marcina Harasimowicza, będziecie mogli przekonać się już za dwa tygodnie. Okładkowa cena książki to 39,90 zł, ale ze specjalnym kodem dla czytelników bloga -  KSLAKERS - możecie ją nabyć w przedsprzedaży na www.labotiga.pl/lakers z 25% zniżką, czyli za 29,93 zł.

sobota, 28 lutego 2015

Coś się kończy, coś się zaczyna

Niedawno rozpocząłem w swoim życiu nowy rozdział. Rozdział zatytułowany: „Praca”. Nie wiem, ilu ludzi może powiedzieć o sobie, że na co dzień robi to, co kocha, ale cieszę się, że znalazłem się w tym gronie. Czas na nowe wyzwanie – książkami sportowymi zaczynam zajmować się zawodowo! I to nie byle gdzie, ale w firmie specjalizującej się w publikacjach o sporcie – wydawnictwie SQN.

Mam nadzieję, że ten wpis dla wielu osób okaże się dobrą motywacją do rozwijania zainteresowań i realizacji własnej pasji. To właśnie ona zaprowadziła mnie bowiem do miejsca, w którym aktualnie się znajduję. Gdybym w wieku jedenastu lat nie zaczął interesować się książkami sportowymi, a dziesięć lat później nie założył tego bloga, dziś nie pracowałbym w wydawnictwie. Początkowo nie sądziłem, że z pozoru tak prozaiczna rzecz, jak prowadzenie bloga, może mieć wpływ na moją przyszłość. Dziś wiem, że to dobra droga do tego, aby stać się rozpoznawalnym, wyspecjalizować się w jakiejś dziedzinie i zdobyć doświadczenie, które może okazać się kartą przetargową w rozmowie z przyszłym pracodawcą.

Kiedy jakieś półtora roku temu swoje hobby postanowiłem potraktować bardzo poważnie, regularnie zamieszczając wpisy na blogu i nawiązując współpracę recenzencką z wydawnictwami, zauważyłem pierwsze efekty moich starań. Strona stawała się coraz bardziej popularna, a oprócz fanów literatury sportowej, odwiedzali ją dziennikarze piszący o sporcie oraz wydawcy. Powoli zaczęło do mnie docierać, że blog może stać się czymś więcej niż tylko wyrazem mojej pasji. Nigdy nie traktowałem go jednak jako potencjalnego źródła dochodu, a raczej jako środek prowadzący do celu, którym było zapewnienie sobie w przyszłości pracy zbieżnej z moimi zainteresowaniami. Marzenie, początkowo tak odległe, z każdym dniem stawało się coraz bardziej realne, aż w końcu doczekało się spełnienia.

niedziela, 22 lutego 2015

Nadchodzi Byk

Fani Michaela Jordana mają się ostatnio dobrze! Po premierze znakomitej biografii Króla Koszykówki autorstwa Rolanda Lazenby’ego, teraz mają okazję zapoznać się z życiem MJ-a w jeszcze innej formie. Timof comics zdecydowali się wydać w Polsce graficzną powieść „Michael Jordan. Nadchodzi Byk” Wilfreda Santiago i trzeba przyznać, że to bardzo ciekawa propozycja dla kibiców.

Na wstępie zaznaczę, że nie jestem znawcą komiksów. Moja styczność z tym gatunkiem kończy się na kilkudziesięciu numerach „Kaczora Donalda”, które przeczytałem w dzieciństwie. Mimo że komiks sportowy jest czymś, co w polskiej literaturze funkcjonuje od dosyć dawna (chociażby w 1975 roku ukazało się dzieło „Od Walii do Brazylii” poświęcone piłkarskim mistrzostwom świata z 1974 roku), nigdy nie interesowałem się tego typu pozycjami. Jak się okazuje, wiele traciłem, co uświadomiła mi lektura graficznej powieści „Nadchodzi Byk”. Nie będę się oczywiście tutaj silił na porównanie tego komiksu z innymi, gdyż zwyczajnie nie pozwala na to stan mojej wiedzy. Mogę za to napisać o moich odczuciach jako fana literatury sportowej, dla którego dzieło Wolfreda Santiago było ciekawą odmianą od niemal w stu procentach pisemnego przekazu.

Mieszanka wybuchowa
Już sama nazwa komiksu: „powieść graficzna”, wskazuje, że nie jest to wyłącznie obrazkowy zapis najważniejszych momentów w życiu Michaela Jordana. W pozycji „Nadchodzi Byk” rzeczywistość przeplata się z fikcją, a autor bardzo oryginalnie buduje historię Króla Koszykówki – zachowuje wydarzenia, które faktycznie miały miejsce, dodając jednocześnie sporo od siebie. Dzięki temu komiks zyskuje na atrakcyjności, gdyż intryguje doskonale znaną historią, która jednak jest pisana na nowo. Santiago na swój sposób przedstawia kulisy różnych sytuacji, prezentując chociażby kilka scen rozmów Michaela z Juanitą czy sceny z jego dzieciństwa. Według własnych wyobrażeń tworzy więc postać Króla Koszykówki, nadając mu wiele pozytywnych cech. Widać, że autor jest wielkim fanem Jordana, ale nie wpływa to źle na odbiór komiksu, gdyż czytelnik ma świadomość, że przedstawiony obraz zawodnika nie jest w stu procentach zgodny z rzeczywistością.

wtorek, 17 lutego 2015

„Czasem w lodówce nie było nic z wyjątkiem piwa”. Zlatan Ibrahimović doskonale wie, co to głód

W ostatnich dniach znów głośno o Zlatanie Ibrahimoviciu. Szwedzki napastnik po zdobyciu gola w meczu z Caen zdjął koszulkę, prezentując tors przyozdobiony w nowe tatuaże. Jak się okazało, nie był to kolejny wybryk piłkarza, ale zaplanowana akcja, która miała na celu zwrócenie uwagi na problem głodu. Problem doskonale znany Ibrze z dzieciństwa.

- Gdziekolwiek nie pójdę, ludzie rozpoznają mnie, wołają po imieniu, wiwatują na moją cześć. Ale są też imiona, o zapamiętanie których nikt nie dba i których nikt nie dopinguje: to 805 milionów osób cierpiących obecnie na całym świecie z powodu głodu. Od teraz chciałbym, by moi sympatycy wspierali tych ludzi. To oni są prawdziwymi mistrzami. Więc kiedykolwiek usłyszycie moje imię, pomyślicie o nich – powiedział szwedzki napastnik na konferencji prasowej po ostatnim ligowym spotkaniu Paris Saint-Germain. W sobotę mistrzowie Francji zremisowali 2:2 z Caen, ale więcej niż o wyniku, mówiło się w prasie o zachowaniu Ibrahimowicia. Piłkarz zdobył gola już w drugiej minucie i kiedy skończył świętować trafienie wraz z kolegami, zdjął koszulkę i rozłożył szeroko ręce, aby wszyscy mogli dostrzec nowe tatuaże, które pojawiły się na jego ciele.

Dopiero po meczu okazało się, co tak naprawdę oznaczają. Ibra wytatuował na torsie i rękach imiona pięćdziesięciu nieznanych mu, głodujących osób, chcąc w ten sposób zwrócić uwagę na problem, który w dzisiejszych czasach przez wielu jest bagatelizowany. Cała akcja zorganizowana została we współpracy ze Światowym Programem Żywnościowym i była częścią projektu zatytułowanego „805 Million Names”. „Upewnij się, że świata się dowie” – to główne przesłanie organizatorów. Biorąc pod uwagę liczbę doniesień medialnych na temat akcji, trzeba przyznać, że przyniosła ona pożądany efekt. Film informujący o projekcie w ciągu jednej doby obejrzało ponad milion użytkowników:

niedziela, 15 lutego 2015

Na olimpijskim szlaku

W historii polskiej literatury sportowej jest taka seria, która ukazuje się regularnie od ponad 50 lat. Mimo transformacji ustrojowej, zmieniających się władz PKOl, a także dziesięcioletniej przerwy, do dziś osiągnięcia naszych olimpijczyków zapisywane są na kartach kolejnych tomów. Panowie i panie, pora przybliżyć historię cyklu „Na olimpijskim szlaku”.

Zaczęło się w 1962 roku. Właśnie wtedy nakładem wydawnictwa Sport i Turystyka ukazał się pierwszy album serii zatytułowany „Na olimpijskim szlaku. Polacy na olimpiadzie w Rzymie i Squaw Valley”. „Postanowiliśmy wydać drukiem tę publikację, jako dokument naszych osiągnięć, do których zaliczamy przecież nie tylko wysiłek sportowców, ale również pracę trenerów, organizatorów, oraz poparcie tysięcznych rzesz Polaków z Kraju i zagranicy, dzięki ich ofiarności bowiem mogliśmy przygotować i wysłać tak liczną ekipę olimpijską” – czytamy na pierwszej stronie we wstępie przygotowanym przez Polski Komitet Olimpijski. Idea powstania premierowego tomu została sprecyzowana dosyć jasno i w zasadzie do dziś to właśnie dokumentacja osiągnięć polskich sportowców i wszystkich ludzi pracujących na ich sukces jest głównym celem publikacji z serii „Na olimpijskim szlaku”. Stwierdzenie, że w kolejnych książkach nic się nie zmieniało, byłoby jednak sporym nadużyciem. 52 lata, które dzielą tom pierwszy od (na razie) ostatniego, to szmat czasu i choćby ze względu na postęp technologiczny najnowsze książki cyklu zdecydowanie się różnią. Zmieniła się forma, ale idea pozostała.

Początki
Tom z 1962 roku nie był szczególnie imponujący, jeśli chodzi o objętość i nakład. Autorzy, czyli Lech Cegrowski, Włodzimierz Gołębiewski, Witold Domański, Jerzy Zmarzlik (teksty), Arkady Brzezicki (opracowanie graficzne) i Waldemar Andrzejewski (obwoluta) przygotowali 148 stron. Opisywali na nich krótko poprzednie starty Polaków w igrzyskach, początki PKOl, a także przygotowania do „Operacji Squaw Valley – Rzym”. Główną częścią była oczywiście prezentacja wyników naszych sportowców w Stanach Zjednoczonych i w stolicy Włoch. Jak łatwo się domyślić, letnie igrzyska, z których reprezentanci Polski przywieźli 21 medali, opisane zostały szerzej, bo na mniej więcej 80 stronach. Zimowemu odpowiednikowi tej imprezy poświecono tylko 11 stron, ale też osiągnięcia Polaków w Squaw Valley były nieporównywalnie mniejsze, choć i tak najlepsze w historii. Elwira Seroczyńska zdobyła srebro, a Helena Pilejczyk brąz. Trudno zresztą porównywać oba starty, gdyż w zimowych igrzyskach wystartowało zaledwie 13 sportowców z Polski, a do Rzymu wysłaliśmy ekipę liczącą 185 zawodników. Jeśli więc chodzi o liczbę medali na jednego sportowca, lepiej wypadli przedstawiciele dyscyplin zimowych.