niedziela, 8 sierpnia 2021

Prawdziwe życie w zawodowym peletonie. Recenzja książki anonimowego kolarza

Już za chwilę, już za moment, dokładnie 9 sierpnia w Lublinie wystartują kolarze w 78. wyścigu Tour de Pologne. Z tej okazji proponuję wszystkim fanom kolarstwa kolejną lekturę. Tym razem na tapecie nowość na polskim rynku wydawniczym: „Anonimowy kolarz. Prawdziwe życie w zawodowym peletonie”. Opis na tylnej okładce sugeruje mocną rzecz. Miało być prawdziwie, szczerze i przede wszystkim bezkompromisowo. Czy faktycznie taka jest ta książka?

Kim jest anonimowy kolarz?

Na samym początku pragnę zaznaczyć, że pomimo, iż książka krąży po świecie już od 2019 roku, nadal nie znamy nazwiska zawodnika, który postanowił przedstawić kibicom swoją opowieść, ani nawet dziennikarza, który prawdopodobnie pomógł mu ją napisać. Nie wiemy, czy pochodzą oni z Holandii, Francji, Włoch, Niemiec, Wielkiej Brytanii czy może z jeszcze innego kraju. Ta aura tajemnicy towarzyszy nam od samego początku aż do końca. Czytamy o kimś, kogo nie możemy przypisać do żadnej znanej nam postaci. Niby poznajemy życiorys, czytamy wypowiedzi żony, dowiadujemy się trochę o jego dzieciach, ale zawodnik ten pozostaje całkowicie anonimowy. Aż dziwne, że przez dwa lata czytelnikom nie udało się dociec, kto stoi za pomysłem obnażenia kolarstwa z niemal wszystkich jego tajemnic. Od startu do mety jesteśmy bombardowani szczegółowymi informacjami płynącymi prosto z peletonu. Żeby czytać tę książkę z przyjemnością, trzeba jednak dobrze czuć kolarstwo. W przeciwnym wypadku może wiać nudą.

Czy kolarze są źle traktowani przez swoich szefów?

Podczas oddawania się lekturze naszła mnie taka myśl, że być może każdy z nas mógłby napisać coś podobnego, oczywiście większość z pomocą ludzi, którzy potrafiliby te nasze wypociny ubrać w słowa. Każdy, kto pracuje w jakimkolwiek zakładzie pracy, mógłby usiąść przed komputerem i zacząć spisywać wszystko to, co dzieje się w firmie. Nadać tytuł „Anonimowy górnik” albo „Przygody nieznanego taksówkarza”, następnie odpowiednio wszystko podkoloryzować, dodać coś ekstra i mamy hit! Im gorzej o firmie będziemy pisać, tym lepiej. Tylko na ile będzie to prawdziwe? Czy jesteśmy w stanie sprawdzić, że to, co zostało zapisane na kartach książki, jest zgodne z prawdą? Trudno będzie czytelnikowi to zweryfikować. Zastanawiam się, czy jak ten anonimowy kolarz skończy już karierę, to kolejne wydania publikacji będą podpisane jego imiennie i nazwiskiem? Mocno w to wątpię. Druga myśl, która pojawiła mi się w głowie, to czy wszystko, co zostało spisane na kartach „Anonimowego kolarza”, jest aż tak bardzo zaskakujące? Ja uważam, że nie. W żadnym zakładzie pracy nie toleruje się publicznego krytykowania tego zakładu, notorycznego spóźniania się, niewykonywania swoich obowiązków, częstego kłócenia się z własnym szefem, przychodzenia do pracy pod wpływem alkoholu lub po zażyciu niedozwolonych pigułek (a nie, przepraszam…, na to akurat szefostwo w kolarstwie daje zielone światło, co często wykazują testy antydopingowe;). Już tak całkiem serio: pan kolarz anonim przedstawia to jako coś niezwykłego, jako wielki rygor, któremu zawodnicy są poddawani i muszą bardzo się pilnować, aby nie wylecieć z pracy. Tymczasem tak jest przecież wszędzie. Każdy może stracić pracę po tego typu wykroczeniach, chyba że sam jest swoim szefem. Z pewnością książka może się jednak spodobać, zwłaszcza ludziom, którzy są maniakalnymi fanami zawodowego kolarstwa i im bardziej szczegółowo o tym sporcie będzie napisane, tym dla nich lepiej.

poniedziałek, 2 sierpnia 2021

Jorge Zepeda Patterson "Morderczy wyścig". Recenzja książki

Wielkimi krokami zbliża się wyścig Tour de Pologne. To znakomita okazja, by sięgnąć po literaturę o tematyce kolarskiej. Chciałbym na przestrzeni kilku dni, przedstawić dwie, jakże różne od siebie książki, opisujące tę piękną i niezwykle popularną w naszym kraju (zwłaszcza wśród amatorów) dyscyplinę sportu. Dziś spróbuję zachęcić czytelników do oderwania się na chwilę od biografii sportowych i przeniesienia się w częściowo fikcyjny świat stworzony przez meksykańskiego pisarza Jorge Zepedę Pattersona w książce "Morderczy wyścig".

Powieść ukazała się co prawda kilka lat temu, ale tak bardzo mi się spodobała, że nawet po czasie zapragnąłem podzielić się wrażeniami. Osobom, które interesują się zawodowym kolarstwem, ta pozycja powinna przypaść do gustu. Autor powieści sam był przez jakiś czas mocno związany z kolarstwem szosowym i podróżował wraz z jedną z drużyn zawodowych po świecie. Obserwując wyścigi z pozycji pasażera samochodu jadącego w wyścigu, mógł doskonale poznać tajniki kolarstwa i zasady panujące w peletonie.

Czas rozpocząć Tour de France

Głównym bohaterem powieści jest Marc Moreau, francuski kolarz kolumbijskiego pochodzenia, znakomity "góral" o niezwykłej wytrzymałości, jeżdżący w drużynie Fonar. Niestety, przez całe zawodowe życie kolarskie pełni on rolę gregario, czyli pomocnika lidera swojego zespołu, dla którego musi wykonywać "czarną robotę" i pomagać odnosić zwycięstwa w poszczególnych wyścigach. Do jego zadań należy m.in. osłanianie lidera przed podmuchami wiatru, narzucanie dużego tempa w jeździe pod górę, gubiąc tym samym innych zawodników i oszczędzając siły lidera, oddawanie własnego roweru w przypadku, gdy rower zawodnika, dla którego pracuje, uległ uszkodzeniu czy nawet rozwożenie bidonów w peletonie dla kolegów ze swojej drużyny. Liderem Fonaru jest Amerykanin Steve Panata, który już czterokrotnie wygrywał Tour de France i ponownie jest jednym z głównych kandydatów do zwycięstwa. Akcja powieści toczy się na przestrzeni trzech tygodni, w ciągu których rozgrywany jest słynny wieloetapowy francuski wyścig kolarski. Mimo że kolarze "Morderczego wyścigu" są postaciami fikcyjnymi, to Patterson bardzo umiejętnie wplótł w fabułę prawdziwe nazwy kolarskich drużyn oraz przybliżył czytelnikowi niektóre fakty z wyścigów Tour de France, które rzeczywiście miały miejsce.

niedziela, 1 sierpnia 2021

Sierpniowe premiery

Ten miesiąc nie będzie owocował w wiele sportowych premier. Mimo tego czytelnicy dostaną coś od wydawców i nie chodzi tutaj tylko o pozycje związane z zakończonym niedawno Euro 2020 czy trwającymi igrzyskami olimpijskimi.

Anita Włodarczyk jest jedną z głównych polskich kandydatek do zdobycia w Tokio złotego medalu. Podwójna mistrzyni olimpijska kontynuuje wspaniałe tradycje zapoczątkowane w 2000 roku w Sydney przez Kamilę Skolimowską. Właśnie tragicznie zmarłej w 2009 roku sportsmence poświęcona zostanie pierwsza z sierpniowych premier. Mowa o książce „Kama. Historia Kamili Skolimowskiej”, która ukaże się 11 sierpnia. Autorami biografii są Beata Żurek i Tomasz Czoik, dziennikarze „Gazety Wyborczej”. Czytelnicy publikacji sportowych mogą kojarzyć Żurek z napisanej wspólnie z Pawłem Czado książki „Piechniczek. Tego nie wie nikt”. Dla Czoika będzie to literacki debiut, więc zobaczymy, jak ten duet spisze się w praktyce. Zadanie na pewno nie będzie łatwe, bowiem pisanie o zmarłych, zwłaszcza w takich okolicznościach, jak zator tętnicy płucnej, wymaga ogromnego wyczucia. Wydawnictwo Agora, które odpowiada za wypuszczenie tej publikacji, zapewnia jednak, że „nie jest to jednak tylko tragiczna opowieść”, ale też historia „dziewczyny z warszawskiego blokowiska, o za dużej posturze i nieco nieokrzesanej”, która „stawia wszystko na jedną kartę”. Przypomnijmy, Skolimowska została mistrzynią olimpijską w rzucie młotem w wieku zaledwie 18 lat. Zmarła, mając niespełna 27 lat i całe życie przed sobą. Wydaje się, że książka może mieć podobny charakter do pozycji „Arkadiusz Gołaś. Przerwana podróż” Piotra Bąka. Warto również dodać, że nie będzie to pierwsza biografia Skolimowskiej, która się u nas ukazuje. W 2012 roku Edycja Świętego Pawła wypuściła na rynek książkę Rafała Bały „Kamila Skolimowska. Dziewczyna na medal”. Zobaczymy, jak nowsza pozycja, licząca 320 stron i mająca cenę okładkową 44,99 zł, wypadnie na tle tamtej. Biografię w przedsprzedaży za niecałe 33 zł można znaleźć na LaBotiga.pl.

Kolejna z premier tego miesiąca to coś dla tych, którzy lubią doniesienia transferowe. „Grand Hotel Calciomercato” to książka Gianluki Di Marzio, w której słynny włoski dziennikarz opisuje, jak od kuchni wygląda transferowa karuzela. „Pieniądze, obietnice i niedotrzymane umowy. Transfery, które okazują się sprawami wagi państwowej. Negocjacje finalizowane przy koktajlu na Ibizie oraz transakcje dopinane w ostatnich sekundach albo nawet po finałowym gongu. Calciomercato to w rzeczywistości jarmark, zdolny zmienić lokalną, prowincjonalną rzeczywistość w złoto”, czytamy w opisie publikacji, która na półki w księgarniach trafi nakładem Wydawnictwa SQN 11 sierpnia. Moment – końcówka okienka transferowego – wydaje się idealny na taką pozycję, zwłaszcza że autor doskonale wie, o czym mówi. To właśnie on jako pierwszy poinformował o tym, że selekcjonerem reprezentacji Polski zostanie Paulo Sousa, a na swoim koncie ma wiele innych doniesień transferowych, które podał jako pierwszy. W książce wyjaśnia m.in., dlaczego Robert Lewandowski nie trafił do Genoi, czy Leo Messi mógł zagrać w Chelsea oraz jak Florentino Perez próbował nakłonić do transferu do Realu Madryt samego Francesco Tottiego (i co ma z tym wspólnego jego siostra). Autor skupia się głównie na włoskiej piłce, ale jako że rynek transferowy ma to do siebie, że negocjacje odbywają się pomiędzy klubami z całego świata, publikacja powinna przypaść do gustu każdemu kibicowi piłkarskiemu. Całość liczy 320 stron, a okładkowa cena „Grand Hotel Calciomercato” to 42,99 zł. W przedsprzedaży na LaBotiga.pl książkę znajdziecie już za nieco ponad 30 zł.

czwartek, 29 lipca 2021

Jacek Kurowski "Medal będzie mój". Recenzja książki

„Medal będzie mój. Droga na szczyt polskich lekkoatletów”. Pod tym doniosłym tytułem kryje się zbiór sześciu (a właściwie to nawet dwunastu) rozmów przeprowadzonych z naszymi lekkoatletkami i lekkoatletami przez dziennikarza sportowego TVP, Jacka Kurowskiego. Pod kątem szans medalowych dobór sportowców wydaje się dość zaskakujący, ale jeśli weźmiemy pod uwagę ich charaktery i to, co mają do powiedzenia, okazuje się, że zestaw zawodników jest bardzo trafiony. Wspólną cechą wszystkich rozmówców jest szczerość. Dzięki niej książkę czyta się jednym tchem i mimo że liczne wywiady z tymi osobami możemy bez problemu znaleźć w mediach, nie bywają one tak autentyczne, jak te w książce Kurowskiego.

Bohaterami książki są: specjalistka od rzutu młotem, Joanną Fiodorow, sprinterki Anna Kiełbasińską (400 m) oraz Ewa Swoboda (100 m), kulomiot Michał Haratyk, a także tyczkarze: Paweł Wojciechowski i Piotr Lisek. Skoro sportowców w książce jest sześcioro, skąd wymienione na wstępie dwanaście rozmów? Każdy z sześciu rozdziałów został poświęcony jednemu z bohaterów książki i podzielony na wywiady sprzed pandemii, gdy sportowcy nie wiedzieli jeszcze o przełożeniu igrzysk, a także z początku tego roku, kiedy byli już na ostatniej prostej do Tokio 2020.

Pierwiastek szaleństwa

Na pierwszy ogień dostajemy do bólu szczerą wymianę słów z Joanną Fiodorow, która nie gryzła się w język i bez owijania w bawełnę porozmawiała z autorem. Czytając jej wypowiedzi, łatwo możemy sobie wyobrazić, że te słowa padają właśnie z ust Fiedzi. Zawsze naładowana energią, czasem pozytywną, czasem negatywną, ale zawsze nabuzowana i pozytywnie szalona. Po lekturze człowiek uświadamia sobie, że pomimo wielu lat oglądania sportowców na stadionie lub na ekranie telewizora tak naprawdę nic nie wie o tych ludziach. W rozmowie z Joanną najbardziej zainteresował mnie wątek jej relacji z byłym trenerem, Czesławem Cybulskim, a także z Pawłem Fajdkiem czy Malwiną Kopron. Ciekawa jest również opowieść o jej rodzicach. Wicemistrzyni świata z Doha opowiada z wielką dynamiką, którą znamy z relacji telewizyjnych, chociaż trzeba przyznać, że w tym rozdziale bywa też nostalgicznie i wzruszająco.

piątek, 16 lipca 2021

"Igrzyska lekkoatletów. Antwerpia 1920. Tom 6". Recenzja książki

Siódme Letnie Igrzyska Olimpijskie w Antwerpii odbyły się 101 lat temu. Miały one być pierwszą szansą na występ dla naszych olimpijczyków pod biało-czerwoną flagą, jednak z powodu wojny prowadzonej przez Polskę z Rosją Radziecką, Polski Komitet Igrzysk Olimpijskich podjął decyzję o wycofaniu naszych sportowców z rywalizacji. Europa po wojnie była biedna i raczej mało kto myślał o sporcie, ale na szczęście Belgii udało się zorganizować tę imprezę na całkiem wysokim poziomie.

Panowie Daniel Grinberg i Adam Parczewski nie pozwalają o sobie zapomnieć. Właśnie wypuścili na rynek szósty już tom olimpijskiej historii lekkoatletyki zatytułowany „Igrzyska lekkoatletów. Antwerpia 1920”. Po obszernym dziele, jakim był tom piąty opisujący igrzyska olimpijskie z roku 1912, które odbyły się w Sztokholmie, teraz autorom przyszło się zmierzyć z nieco trudniejszym zadaniem, bowiem nie wiedzieć czemu z belgijskich igrzysk zachowało się niewiele materiałów, nie tylko pisanych, ale również filmowych i dźwiękowych. Tym bardziej autorom należą się wielkie brawa, że podołali temu zadaniu i odtworzyli olimpijską rywalizację z dużą dokładnością, a efektem ich pracy jest kolejna bardzo udana książka. Mimo mniejszej niż zwykle dostępności materiałów źródłowych z samych igrzysk, autorzy wypuścili na rynek ponad czterystustronicową publikację.

Szerokie tło historyczno-polityczne

Czy warto nabyć tę książkę? Jeśli ktoś lubi literaturę historyczną, szuka faktów a nie mitów, a do tego jest fanem lekkoatletyki, to na to pytanie może odpowiedzieć tylko twierdząco. Tak jak w poprzednich tomach cyklu, „Antwerpia 1920” rozpoczyna się od rozdziału zatytułowanego „Kapsuła czasu”. Tym razem rozdział ten jest monstrualnych rozmiarów i liczy ponad 80 stron. Stało się tak, gdyż autorzy postanowili przybliżyć czytelnikowi wydarzenia historyczne z Polski i ze świata, jakie miały miejsce w latach 1912-1919, czyli między Sztokholmem a Antwerpią. Pozwala to czytelnikowi zorientować się, jak wyglądała sytuacja na świecie w tamtych czasach i w jakich okolicznościach politycznych odbywały się siódme igrzyska olimpijskie. Autorzy opisali w pigułce, a właściwie w wielkiej pigule, wydarzenia historyczne, te oczywiste, a także te nie do końca poprawne politycznie. Mam na myśli część poświęconą Polsce. Kilka faktów mocno mnie zaskoczyło i zapewniam, że o wielu wspomnianych tam wydarzeniach nie uczą się w szkołach. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to do rozmiarów tego rozdziału. Będąc w połowie lektury, czytelnikowi daty i wydarzenia mieszają się jak warzywa w garnku z zupą i ciężko je zapamiętać. Gdyby było o połowę krócej, z całą pewnością byłoby ciekawiej, a tak trochę wieje nudą.

środa, 14 lipca 2021

Adam Ondra „Ciało i dusza wspinacza”. Recenzja książki

Jest czterokrotnym mistrzem świata w prowadzeniu i boulderingu, mistrzem Europy oraz kandydatem do medalu podczas Igrzysk Olimpijskich w Tokio. W książce „Ciało i dusza wspinacza” Adam Ondra przedstawia swoją drogę do pierwszych sukcesów, największe osiągnięcia oraz wyjaśnia laikom, na czym polega wspinaczka sportowa. Jego książka to pierwsze w Polsce kompendium wiedzy na temat dyscypliny, która szybko zdobywa popularność i w której biało-czerwoni odnoszą coraz większe sukcesy.

Kacper Tekeli w recenzji książki „Ciało i dusza wspinacza” zamieszczonej na jej okładce porównuje Adama Ondrę do Muhammada Alego, Diego Maradony czy Michaela Jordana. To zestawienie wcale nie jest na wyrost, bowiem Czecha cechuje dokładnie to samo, co tych wielkich mistrzów: nieustępliwość, pasja (a nawet miłość) do tego, co robią lub robili, oraz tysiące godzin spędzonych na treningu. Ondra zdradza, że wspinać zaczął się już w wieku trzech lat, choć jego matka wspomina, że już dużo wcześniej podjął pierwsze wspinaczkowe wyzwanie, wychodząc samodzielnie z dziecięcej kołyski. Odtąd noce spędzał już wyłącznie w łóżku rodziców, gdyż ci obawiali się kolejnych śmiałych prób malca. Ojciec z matką odegrali w życiu i karierze Adama niezwykle ważną rolę, wspierając syna w jego dążeniach do bycia coraz lepszym. Zabierali go na weekendowe wypady m.in. do Chorwacji, skąd wracali niedzielną nocą. Jak pisze główny bohater, jego ojciec czasem nawet nie kładł się spać, idąc do pracy tuż po przyjeździe do domu. Sam również trenował wspinaczkę i już później wraz z synem wspiął się na „The Nose” w dolinie Yosemite, co było pierwszym znaczącym osiągnięciem nastolatka.

Rodzice wspierali go od początku

Ondra, jak wszyscy późniejsi wielcy mistrzowie, trenował swoje umiejętności praktycznie zawsze i wszędzie. Rodzie postawili w jego pokoju ściankę wspinaczkową. Początkowo niewielką, którą z wiekiem rozbudowali nie tylko na ściany, ale także sufit, dzięki czemu Adam mógł poruszać się po mieszkaniu wyłącznie po ścianach i suficie, szlifując swoje zdolności. Matka nie pozwalała mu zakładać butów, by nie pobrudzić powierzchni, czym również przysłużyła się synowi. Ondra wyjaśnia, że dzięki temu wyćwiczył doskonale mięśnie i ścięgna w stopach, co ułatwiło mu rywalizację z najlepszymi. Opis pierwszych lat życia wspinacza i tego, w jaki sposób wspierali go rodzice, to pierwsze ciekawe fragmenty książki. Czech jest potwierdzeniem zawartej w „Kopalniach talentów” Rasmusa Ankersena tezy, że aby być w czymś dobrym, trzeba trenować co najmniej 10 000 godzin. Im wcześniej osiągnie się ten pułap, tym większa szansa na późniejszy sukces. Ondra zrealizował też dobrze znany z innych biografii model kariery, w której ogromne znaczenie miał ktoś, kogo spotkał na swojej życiowej drodze. Takimi motywatorami bywają pierwsi trenerzy, dziadkowie, ale też rodzice, którzy zawsze byli wyrozumiali dla ryzykownej pasji swojego syna i wspierali go w tym, co robi. Początkowe fragmenty książki to świetny podręcznik dla wszystkich rodziców, którzy chcieliby wspierać swoje dziecko w dążeniu do realizacji marzeń.

wtorek, 6 lipca 2021

Lipcowe premiery

Wakacje to piękny czas, również dla czytelników książek sportowych. Wydawnictwa zazwyczaj wykazują się mniejszą aktywnością, więc jest szansa na nadrobienie czytelniczych zaległości. W tym miesiącu nie zabraknie jednak kilku gorących nowości, z których każda zapowiada się naprawdę zacnie!

Na początek o nowym numerze magazynu „Kopalnia. Sztuka futbolu”. Dokładnie 5 lipca miała miejsce premiera szóstej już części wydawnictwa tworzonego przez Piotra Żelaznego. Nowy numer to druga publikacja z serii SQN Originals wydana we współpracy z Wydawnictwem SQN. Widać już pierwsze pozytywne aspekty tej współpracy – po długim czasie oczekiwania na „piątkę” (ponad trzy i pół roku), „szóstka” trafia w nasze ręce ledwie dziewięć miesięcy później. Nowy numer poświęcony został latom 90., co przejawia się już na okładce – ta zaprojektowana została w stylu Telegazety. Oznacza to również odejście od dotychczasowych białych okładek, co pewnie nie spodoba się kolekcjonerom, ale widocznie spójność tematyczna numeru miała tym razem wyższy priorytet. Kto tym razem znalazł się w gronie znamienitych autorów? Oprócz Żelaznego są to: Rafał Stec, Leszek Jarosz, Tomasz Łapiński, Wojciech Jagielski, Stefan Szczepłek, Michał Okoński, Paweł Czado, Iza Koprowiak, Tomasz Lipiński, Adam Drygalski, Leszek Milewski, Joanna Wiśniowska, Piotr Wesołowicz, Zbigniew Mucha, Olgierd Kwiatkowski, Michał Zachodny, Piotr Jagielski i Michał Trela, a także reprezentacja zagraniczna: Sas Ibrulj, Emanuel Rosu i Manuel Veth. Zespół autorski na papierze wygląda naprawdę zacnie, a spektrum tematów, które postanowili poruszyć dziennikarze (i nie tylko, bo jest tutaj chociażby piłkarz Tomasz Łapiński), jest niezwykle szerokie: od "citkomanii", przez aferę korupcyjną nad Sekwaną, a na dopingowej wpadce Diego Maradony skończywszy. Jak więc widać, autorzy nie ograniczają się wyłącznie do polskich tematów, będzie naprawdę światowo! Całość magazynu liczy 304 strony i kosztuje 55 zł w internetowej księgarni sportowej LaBotiga.pl. Tam w cenie 250 zł można również znaleźć pakiet wszystkich sześciu tomów. Dla tych, którzy jeszcze nie mają żadnego numeru, to idealna okazja do nadrobienia zaległości!

Kolejna z lipcowych premier to coś dla fanów kolarstwa. 14 lipca nakładem Wydawnictwa SQN ukaże się książką anonimowego kolarza „Anonimowy kolarz. Prawdziwe życie w zawodowym peletonie”. Ci, którzy czytali „Futbol obnażony” doskonale znają ten patent – anonimowy sportowiec zdradza w swojej książce kulisy swojej profesji. Może napisać naprawdę dużo, bo dzięki swojej anonimowości nie spotkają go przykre konsekwencje. Tak było w przypadku publikacji anonimowego piłkarza, jak będzie z kolarskim odpowiednikiem? Przekonamy się już niedługo. Choć „Futbol obnażony” wydał mi się trochę zbyt mocno „pompowany” w stosunku do tego, co ostatecznie znalazło się w książce, spotkał się z całkiem ciepłym przyjęciem czytelników. Ba, wyszła nawet druga część, „Futbol (jeszcze bardziej) obnażony”, choć jak to zwykle w przypadku sequeli bywa, nie powtórzył sukcesu pierwowzoru. Fani kolarstwa z pewnością będą mieli niezłą frajdę podczas z czytania z zachodzenia w głowę, kto mógł napisać tę pozycję. Oczywiście nie można wykluczyć, że zrobił to jakiś wprawny dziennikarz znający środowisko od podszewki, ale po co psuć wszystkim dobrą zabawę? Z opisu „Anonimowego kolarza” wynika, że z publikacji dowiemy się kilku interesujących rzeczy o zarobkach kolarzy czy problemie dopingu. Mamy też mieć okazję przekonać się, co zawodnicy myślą o Team Sky/Ineos i dlaczego nie należy wierzyć zawodowcowi, który poleca jakiś sprzęt? Całość liczy 304 strony, a jej przekładem zajął się Bartosz Sałbut. Okładkowa cena książki to 42,99 zł, ale w przedsprzedaży na LaBotiga.pl znajdziecie ją już za niecałe 30 zł.

czwartek, 17 czerwca 2021

Andrzej Gołota „Niepokonany w 28 walkach”. Recenzja książki Przemysława Osiaka

Choć Andrzej Gołota jest dla Polaków postacią kultową, bibliografia na jego temat prezentuje się zaskakująco skąpo. Po latach posuchy o naszym najsłynniejszym pięściarzu postanowił napisać Przemysław Osiak, a w zasadzie zaprezentować jego karierę w latach 1981-1997 w formie wywiadów z jego trenerami, rywalami, dziennikarzami, ludźmi, którzy go znali lub nim się inspirowali. Wyszła z tego bardzo dobra książka, która pokazuje, dlaczego Gołota nigdy nie został mistrzem świata.

Duże wrażenie robi wachlarz rozmówców, do których udało się dotrzeć autorowi. Są tutaj pierwsi trenerzy Gołoty: Czesław Ptak, Adam Kusior, Jerzy Rybicki oraz koledzy z reprezentacji amatorów (choć właściwszym określeniem byłoby: rywale): Dariusz Michalczewski i Henryk Zatyka, a także bokser Henryk Petrich (który akurat jako jedyny nie miał na pieńku z Gołotą). Oni wszyscy opowiadają o początkach głównego bohatera, twierdząc zgodnie, że był niezwykle utalentowanym pięściarzem i bardzo lubił ciężką pracę, ale jednocześnie podkreślając jego dziwactwa: izolowanie się od grupy, chodzenie własnymi ścieżkami czy nerwy, które zżerały go przed walką. Już w pierwszych rozmowach pada też teza na temat późniejszych niewytłumaczalnych zachowań Gołoty. Zdaniem Michalczewskiego i Zatyki, problemem było specjalne traktowanie tego zawodnika, którego trenerzy poddawali, gdy tylko wiedzieli, że może stać mu się krzywda. Koledzy z dawnych lat uważają, że przez takie postępowanie „Andrew” miał później kłopot ze stawieniem czoła rywalom i spalał się psychicznie. Choć wywiady znacząco różnią się od siebie – tutaj duża pochwała dla Osiaka, że w książce nie ma wielu powtórzeń, a kolejni rozmówcy dodają swoją część do historii Gołoty – w pierwszych rozmowach powtarza się opowieść o poddaniu Andrew w walce z Kubańczykiem Savonem. To pokazuje, że ta walka mogła mieć dużo znaczenie w późniejszej karierze Gołoty.

Niebezpieczne związki Andrzeja Gołoty

środa, 16 czerwca 2021

Czerwcowe premiery (cz. 2)

Rozpoczęło się Euro 2020 i Copa America, więc kibice większość czasu spędzają z pewnością przed telewizorem. Jeśli jednak ktoś chciałby odpocząć od piłkarskiej gorączki, wydawcy mają dla takich osób kilka propozycji: wspinaczkowych oraz futbolowych.

Zaczynamy od książki, która ukaże się 30 czerwca. „Ciało i dusza wspinacza” Adama Ondry i Martina Jarosa to wakacyjna propozycja Wydawnictwa Agora. Nie jest to jednak typowa pozycja himalajska, do jakich przyzwyczaiła ta firma. Owszem, są to wspomnienia wspinacza, ale Ondra specjalizuje się w sportowym wdrapywaniu się po ścianach wspinaczkowych i właśnie w tej dyscyplinie wystartuje już niedługo w Igrzyskach Olimpijskich w Tokio. Czech ma na koncie sukcesy głównie w boulderingu (wspinaczka po zazwyczaj wolnostojących, kilkumetrowych blokach skalnych bez użycia asekuracji liną) i prowadzeniu – został w tych konkurencjach mistrzem świata – ale staruje też we wspinacze łącznej i klasycznej. W książce opowie o tym, jak wyglądała jego droga „z Kotliny Czeskiej na szczyty najtrudniejszych skał świata”, jak przeczytać można w opisie. Całość nie jest szczególnie obszerna, gdyż liczy 240 stron (autor jest też stosunkowo młody – ma ledwie 28 lat), a okładkowa cena wspomnień Ondry to 44,99 zł. Jestem bardzo ciekaw, jakim zainteresowaniem w Polsce cieszy się wspinanie skałkowe. Być może sukces na igrzyskach stanie się motorem napędowym sprzedaży książki? O tym przekonamy się już w lipcu. W przedsprzedaży „Ciało i dusza wspinacza” dostępne jest od niespełna 29 zł. Jednym z patronów medialnych wspomnień Czecha jest niniejszy blog, więc wkrótce możecie spodziewać się recenzji tego tytułu.

Wspinaczkową premierę na drugą połowę tego miesiąca przygotowało również Wydawnictwo Bezdroża. 15 czerwca do księgarni trafiła pozycja „Fitz Roy”, której autorami są Mirosław Falco Dąsal, Wiesław Burzyński, Michał Kochańczyk i Piotr Lutyński. O czym traktuje książka? O polskiej wyprawie z 1984 roku na szczyt Fitz Roy znajdujący się na granicy chilijsko-argentyńskiej. Wejścia na wierzchołek dokonali w komplecie autorzy publikacji (oraz Jacek Kozaczkiewicz, który nie figuruje wśród autorów), a wyczyn okazał się na tyle spektakularny, że drogę wytyczoną przez rodaków nazwano „Polaca”. Zresztą o trudności tej trasy czytamy w opisie: „Droga ma 33 nowe wyciągi aż do przełęczy, na której łączy się z drogą Casarotto. Skalne zacięcia i kominy z dużą ilością wspinaczki w skale pokrytej lodem uczyniło tę drogę jedną z najbardziej ekstremalnych na Cerro Fitz Roy”. O tym, jak wielkie było to osiągnięcie, świadczy również fakt, że do dziś nikomu nie udało się powtórzyć wyczynu Polaków. Po latach powspominają oni kulisy wyprawy i wyjaśnią, jak udało im się osiągnąć cel (dwóch członków wyprawy – Falco Dąsal i Kozaczkiewicz – już nie żyją). Całość wspomnień liczy 248 stron, a okładkowa cena książki to 59,90 zł. W internetowych księgarniach można ją jednak znaleźć nawet 25 zł taniej.

poniedziałek, 7 czerwca 2021

TOP10: Najbardziej oryginalne piłkarskie zwroty z całego świata

„Języki futbolu” to książka naszpikowana ciekawymi zwrotami piłkarskimi funkcjonującymi w najdalszych zakątkach świata. Interesujące jest ich pochodzenie, czasem znaczenie, a kiedy indziej uśmiech na twarzy wywołuje sam osobliwy zwrot używany do określenia konkretnej boiskowej postawy, sytuacji lub zawodnika. Przejrzałem publikację Toma Williamsa, by zaprezentować 10 najbardziej oryginalnych futbolowych sformułowań z całego świata.

 

10. Palto (kurtka) – Grecja

Na początek oryginalne określenie piłkarza, którego u nas nazwalibyśmy „niewypałem transferowym”. Dlaczego w Grecji na nowego zawodnika, który nie spełnia pokładanych w nim nadziei, mówi się „palto”, co oznacza to samo co w języku polskim, czyli ciepłą kurtkę? Ma to związek z występującą w tym kraju pogodą. Jak wiadomo, w Grecji jest raczej ciepło i palto jest tam niemal zbędną częścią garderoby. W najlepszym wypadku nosi się je przez miesiąc lub dwa, a potem ląduje zapomniane w szafie. Teraz już rozumiecie, skąd to porównanie?

9. Kai teek (rozbić jajko) – Tajlandia

Kolejny ciekawy piłkarski zwrot to „rozbicie jajka” w Tajlandii. Przyznam szczerze, że zupełnie nie spodziewałem się, co może oznaczać, ale po przeczytaniu wyjaśnienia sprawa stała się oczywista, a określenie bardzo trafne. „Rozbić jajko” oznacza w tym kraju otwarcie wyniku spotkania dla swojej drużyny. Jak łatwo się domyślić, „jajko” to zero na tablicy wyników, a jego rozbicie oznacza, że ktoś właśnie strzelił pierwszą bramkę spotkania. Całkiem przyjemne określenie, które z powodzeniem można by zastosować również u nas!

8. Pelopina (bobrówka) – Hiszpania

Miejsce ósme dla chyba najdziwniejszego zwrotu, jaki znalazł się w „Językach futbolu”. Wszyscy doskonale wiedzą, jak wspaniałym piłkarzem był Xavi, ale sądzę, że niewielu miało pojęcie, iż jego firmowe zagranie (zwrócenie się z piłką w kierunku własnej bramki, a potem przełożenie jej na bok i ruszenie na bramkę rywala) określane było w ojczyźnie zawodnika mianem „pelopiny”. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż pochodzi ono od ksywki „pelopo”, którą ponoć w La Masii przezywali się nawzajem Xavi z Miguelem Angelem. Pseudonim oznaczał… włosy łonowe, gdyż ówczesne uczesanie obu piłkarzy miało je przypominać. Ksywka przylgnęła do Xaviego i tak właśnie coś, co wspaniale wyglądało na boisku, określane było raczej mało chlubnym zwrotem.