Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tomasz hajto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tomasz hajto. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 czerwca 2014

Mój pierwszy mundial: Chipsy, Engel i „Viva Futbol!”"

Pierwszy mundial to nie tylko wspomnienia wspaniałych
meczów, ale także liczne gadżety. Chyba każdy młody
kibic kolekcjonował podobne suweniry 
Za każdym razem, kiedy rozpoczynają się mistrzostwa świata, odczuwam zazdrość. Nie dlatego, że śledzenie rywalizacji ze stadionów wciąż pozostaje w sferze moich marzeń, nie dlatego też, że ostatnie turnieje finałowe odbywają się bez udziału Polaków. Zazdroszczę przede wszystkim młodym kibicom, którzy mogą powiedzieć, że najbliższy mundial będzie ich pierwszym. Bo pierwsze, niezależnie od obiektywnych przesłanek, zawsze jest najlepsze.

Czym popieram tę tezę? Własnymi doświadczeniami oraz odczuciami innych fanów futbolu. Bo czy mistrzostwa świata z 1990 roku, uznane przez większość kibiców za jeden z najgorszych turniejów w historii, mogą być przez kogoś uważane za najwspanialsze? Okazuje się, że tak – jeśli tylko były dla tej osoby pierwszym mundialem, który śledziła w pełni świadomie. Tak jest i kropka, to właśnie niepisane prawo piłki nożnej: premierowe zmagania o prymat na globie zawsze są wyjątkowe. Kolejne turnieje mogą być niezapomniane, fantastyczne, pełne emocji i wspaniałych spotkań, tyle tylko, że nie ma to większego znaczenia. To pierwszy mundial wspominany będzie po latach, to wyniki tych właśnie mistrzostw zapadną w pamięć na długi czas, a kibic może nawet do śmierci pamiętał będzie to, w którym miejscu oglądał konkretny mecz i jaka była wtedy pogoda. Premierowy mundial ma w sobie coś, co nie tylko nie daje o nim zapomnieć, ale warunkuje także kibicowską przyszłość futbolowego fanatyka.

Mistrzostwa świata z Korei i Japonii doczekały się
dokładnej dokumentacji w moim zeszycie
Zaczęło się na Stade de France
Nie inaczej było w moim przypadku. Piłką nożną na poważnie zacząłem interesować się w wieku 9 lat, dokładnie na początku 2000 roku. Jednym z pierwszych spotkań, które z zainteresowaniem śledziłem, był mecz Francja – Polska na Stade de France. Do dziś pamiętam heroiczną walkę piłkarzy Jerzego Engela, świetną postawę Jerzego Dudka i wielką rozpacz, kiedy pod koniec spotkania Zinedine Zidane strzałem na raty z rzutu wolnego zdobył w końcu bramkę dla gospodarzy, ustalając wynik meczu na 1:0. Rezultat, jak na spotkanie z aktualnymi mistrzami świata i drużyną, która za kilka miesięcy miała sięgnąć po tytuł najlepszej w Europie, całkiem niezły, ale dla mnie jako młodego kibica był rozczarowaniem. Dziś o podobnym wyniku w rywalizacji z tak klasowym zespołem możemy tylko pomarzyć… Były jednak czasy, kiedy Polacy zaczęli grać dobrą piłkę i to właśnie wtedy stawałem się zagorzałym piłkarskim kibicem. Nic dziwnego więc, że jako 9-latek zostałem wielkim fanem ówczesnego selekcjonera i jego „S-kadry”, jak zwykli określać reprezentację dziennikarze „Bravo Sport” (do dziś nie wiem dlaczego), które stało się moją pierwszą prasową lekturą.