niedziela, 27 września 2015

Top 10: Najostrzejsze biografie sportowców. Kto w swojej książce pojechał po bandzie? [+18]

Sportowcy biografie piszą – lepsze lub gorsze. Są książki nudne jak flaki z olejem, ale są też kontrowersyjne wspomnienia, w których nie brakuje smaczków, anegdot i ostrego języka. Zazwyczaj to właśnie o nich najgoręcej się dyskutuje, bardzo często właśnie te pozycje określane są mianem „must read”. Zapraszam do zapoznania się z rankingiem TOP10 najostrzejszych autobiografii w świecie sportu!

Jak powstało poniższe zestawienie? Bardzo prosto. Aby uniknąć wszelkich sporów, postanowiłem kierować się czystą matematyką. Książki sklasyfikowane zostały według średniej liczby wulgaryzmów na jedną stronę. O kolejności decydowało więc to, który autor w swoich wspomnieniach najczęściej posługiwał się mocnymi słowami. Jakimi dokładnie? To wyszczególnione zostało poniżej, bo każda książka pod względem zwrotów uważanych powszechnie za wulgarne została rozłożona na czynniki pierwsze. Oczywiście takie kryteria nie są do końca obiektywne, bo fakt, że ktoś rzuca w swojej biografii mięsem na prawo i lewo, nie musi koniecznie oznaczać, iż jest autorem najostrzejszych wspomnień. Po kolegach z boiska, trenerach czy działaczach można przecież „przejechać się” w inny sposób, bez używania bluzgów, i stworzyć w ten sposób pikantną lekturę. Nie bez znaczenia pozostaje też czcionka, bo w jednej książce na stronie mieści się np. 300 słów, a w innej np. 500, co ma przełożenie na średnią. Jak pokazują jednak wyniki rankingu, przyjęte kryterium okazało się jak najbardziej słuszne – chyba nikt nie powinien mieć uwag co do kolejności. Zapinamy więc pasy, rozsiadamy się wygodnie w fotelu i zaczynamy! Ostrzegam, to będzie jazda bez trzymanki!

UWAGA, DALSZA CZĘŚĆ TEKSTU ZAWIERA LICZNE WULGARYZMY! JEŚLI NIE MASZ 18 LAT LUB JESTEŚ WRAŻLIWY NA OSTRY JĘZYK, NIE CZYTAJ DALEJ!


Ranking otwiera Wojciech Kowalczyk ze swoją książką „Kowal. Prawdziwa historia” pisaną wspólnie z Krzysztofem Stanowskim. Szczerze mówiąc, byłem przekonany, że były piłkarz Legii Warszawa, a dziś ekspert stacji Polsat Sport znajdzie się w zestawieniu zdecydowanie wyżej. Po przeczytaniu jego wspomnień miałem wrażenie, że była to jedna z mocniejszych sportowych lektur. Być może wpływ na to miał fakt, że autobiografia Kowala była w zasadzie pierwszą tak kontrowersyjną książką polskiego piłkarza. Dopiero później na rynku zaczęły się ukazywać kolejne publikacje, w których nie brakowało mięsa. Może mylne przekonanie wynikało po części z tego, że tę pozycję przeczytałem w wieku… 13 lat? Nie był to chyba odpowiedni moment na taką książkę, ale dziś widzę, że mogło być znacznie gorzej. „Kowal. Prawdziwa historia” był moją pierwszą zakazaną lekturą, którą czytałem w tajemnicy przed niczego nieświadomymi rodzicami i właśnie do tej kategorii postanowiłem ją zaliczyć.


W autobiografii Wojciecha Kowalczyka dużo jest przede wszystkim „pierdolenia” i prawdziwie polskich „kurew” odmienianych przez wszystkie przypadki. Spośród wszystkich 10 książek, które znalazły się w rankingu, to właśnie w niej najmniej jest wulgaryzmów. Ich występowanie średnio na około co piątej stronie dziś nie powinno nikogo szokować. Zresztą na wynik Kowala solidnie zapracował też… Janusz Wójcik, jeden z głównych bohaterów opowieści piłkarza. Jakaś próbka tego, co można znaleźć w książce? Proszę bardzo:
Jednego dnia odbywaliśmy trening strzelecki.
- Kowal!!! Na siłę!!! Laga!!! Armata!!! - wrzeszczy Wójcik.
Podbiegam do piłki, pyk technicznie i gol.
- Kowal!!! Miało być na siłę!!!! Lagaaaaaa!!! - wrzeszczy znowu.
Znowu podbiegam do piłki, znowu pyk technicznie i gol.
- Kowal!!! Bomba!!! Petarda!!! - słyszę.
A ja swoje - pyk technicznie i bramka.
- Kuuurwaaa, Kowal!!! Napierdalaj!!! - trener nie zmienia śpiewki. Tego było za wiele.
- Jest kurwa gol, czy go nie ma? Wpadło czy nie?! - zapytałem zdenerwowany.
- Ale ty masz napierdalać! - stwierdził Wójcik.
- To niech trener sam sobie napierdala, ja będę strzelał gole! - stwierdziłem, po czym było - pyk technicznie i gol.

Jeśli ktoś niespecjalnie przepada za polską piłka nożna, swoją przygodę z ostrymi biografiami może rozpocząć od „Open” Andre Agassiego. Mimo że autor dosyć niewinnie spogląda na czytelników z okładki, w swojej książce fragmentami wyraża się bardzo dosadnie. To między innymi dlatego jego wspomnienia uważane są powszechnie za jedną z najlepszych sportowych biografii, jakie kiedykolwiek powstały. Dość zresztą powiedzieć, że sportowiec wyznaje w nich, że… nienawidzi tenisa! Jest więc do bólu szczerze, a skoro tak, to i trochę wulgaryzmów w książce musiało się znaleźć.


W „Open” ostrych słów jest więcej niż w książce Wojciecha Kowalczyka, ale ich średnią obniża duża liczba stron, które „spłodził” amerykański tenisista – dokładnie 456. Podobnie jak u polskiego piłkarza, u Agassiego dominują „kurwy” i „pierdolenie”, w tej właśnie kolejności, choć oczywiście w przypadku zagranicznych książek ta językowa różnorodność uzależniona jest przede wszystkim od tłumacza. Średnia wypadła ostatecznie na bardzo zbliżonym poziomie do wyniku Kowala, więc „Open” zaliczone zostało do tej samej kategorii – pierwszych zakazanych lektur. Próbkę możliwości Agassiego bardzo dobrze obrazuje ten fragment jego książki:
Pod koniec lata lecę do Nowego Jorku, by wystartować w pomniejszym turnieju w New Jersey, przygrywce do US Open 1988. Docieram do finału i natrafiam na Tarango. Pokonuję go gładko i jest to zwycięstwo, które wspaniale smakuje, bo wciąż po zamknięciu oczu widzę, jak Tarango mnie oszukał, kiedy miałem osiem lat. Była to moja pierwsza porażka. Nigdy jej nie zapomnę. Za każdym razem, kiedy zagrywam kończącą piłkę, myślę sobie: Pierdol się, Jeff. Pierdol. Się.


Ósme miejsce dla Zlatana Ibrahimovicia nie jest specjalnym zaskoczeniem. Ten piłkarz nigdy nie należał do grzecznych chłopców, a jego autobiografia „Ja, Ibra” tylko to potwierdziła. Nie brakuje w niej ostrych słów, bo autor nie oszczędza tych, z którymi mu nie po drodze. Najmocniej oberwało się Pepowi Guardioli, który nie mógł dojść ze Szwedem do porozumienia w czasie jego gry w FC Barcelonie. Ale nie tylko pod jego adresem w książce padają mocne stwierdzenia. To właśnie dzięki tej kontrowersyjności i szczerości Ibra zapracował sobie na miano autora jednej z najciekawszych piłkarskich biografii. A już na pewno najciekawszej spośród tych, które napisali wciąż czynni zawodnicy.
PRZECZYTAJ RECENZJĘ KSIĄŻKI


Pod względem średniej „Ja, Ibra” wypada podobnie jak biografie na miejscach dziewiątym i dziesiątym, stąd też książce przyznane zostało to samo miano pierwszej zakazanej lektury. Nie jest to pozycja bardzo wulgarna – dominuje w niej „pieprzenie”, co przez wielu zapewne nie zostałoby w ogóle uznane za wulgaryzm, sporo też „pierdolenia” oraz zwrotów z użyciem słów "sranie" i "gówno". Są też fragmenty takie jak ten, które dobrze charakteryzują to dzieło prawdziwego piłkarskiego buntownika:
Przegraliśmy. Wiecie, jak się czułem? Po meczu musiałem przejść kontrolę antydopingową, wszedłem do pomieszczenia tak wściekły, że rozwaliłem stół, cały stół! Człowiek odpowiedzialny za przeprowadzenie testu był przerażony. „Spokój, spokój” powiedział. „Posłuchaj” odparłem „nie będziesz mi mówił co mam robić, bo skończysz zaraz na podłodze tak, jak ten stół”. 
Nie byłem miły, a z tym pracownikiem przeprowadzającym kontrolę być może przesadziłem. Przyszedłem jednak do Milanu z określonym podejściem i kiedy przegrywaliśmy, byłem wkurwiony, a kiedy jestem wkurwiony – nie możecie prosić mnie, żebym po prostu nasikał do słoika.

Ibra to bez wątpienia jedna z bardziej wyrazistych postaci współczesnego futbolu, ale w porównaniu z Ronnie’em O’Sullivanem piłkarz Paris Saint-Germain wypada blado. Brytyjczyk szokuje nie tylko ekscentrycznym zachowaniem podczas pojedynków i kontrowersyjnymi wypowiedziami, ale też w swoim życiu doświadczył wielu złych rzeczy, od uzależnienia od alkoholu i narkotyków poczynając. Z tego też względu niespecjalnie dziwi, że na siódmym miejscu zestawienia wylądowała jego autobiografia „Running”. To pełnokrwista lektura, w której nie brakuje mocnych fragmentów, o czym przekona się każdy, kto po nią sięgnie.


W książce najlepszego na świecie snookerzysty dominują „kurwy”, a także odmieniane na wszystkie możliwe sposoby „sranie” i „gówno”. To ostrzejsza lektura niż trzy poprzednie, bo choć liczba wulgaryzmów jest mniejsza niż u Agassiego i Ibry, wyższa jest średnia na jedną stronę. To sprawia, że „Running” trafia do kategorii „Za pozwoleniem rodziców”. Nie mogło być zresztą inaczej, skoro Ronnie sam o sobie opowiada w książce w ten sposób:
Już jako ośmiolatek grałem na maszynach i przeklinałem. Gdy podczas treningu w klubie zepsułem zagranie, w eter szła wiązanka bluzgów. 
– Pierdolona pizda, pierdolę to! – wrzeszczałem, tłukąc kijem o podłogę. 
To było straszne. Przeżywałem każde nieudane zagranie. Nienawidziłem pudłować, więc gotowałem się w środku i uzewnętrzniałem swoją złość.

Jeszcze ostrzejsza od biografii O’Sullivana jest książka, którą napisali wspólnie Andrzej Iwan z Krzysztofem Stanowskim. Mowa oczywiście o „Spalonym”, który zajął szóste miejsce niniejszego rankingu. Alkohol, hazard, bijatyki, korupcja, próby samobójcze… Po człowieku, który w swoim życiu przeszedł to wszystko, nie można chyba spodziewać się, że w swojej biografii zgrywać będzie poetę. Zwłaszcza, jeśli wychowywał się w Nowej Hucie. Wspomnienia Iwana swego czasu zszokowały Polskę i do dziś jest to pozycja obowiązkowa każdego fana rodzimej piłki. Nie powinien jej ominąć ktoś, kto szuka mocnych sportowych tytułów – język też jest ostry, ale w przypadku tej publikacji być inaczej po prostu nie mogło.


W „Spalonym” dominuje polska specjalność, czyli „kurwy” i „pierdolenie” przedstawiane w różnych odmianach. Wulgaryzm pojawia się w książce średnio na około co trzeciej stronie, do czego bez wątpienia przyczyniły się licznie przytaczane anegdoty. Tam, gdzie przypominane są boiskowe sytuacje, język musi być dopasowany do środowiska. A że ulubionym językiem obcym piłkarzy jest zazwyczaj łacina, w „Spalonym” mamy takie oto opowieści:
Michał [Wróbel] to był straszny nerwus, nawet na stare lata. Graliśmy sobie hobbystycznie (chociaż nie za darmo) w klubie Kuchnie Izdebnik. Przed jego pierwszym meczem uczulałem: 
– Michał, tylko proszę, nie dostań dzisiaj czerwonej kartki. Będą cię prowokować. 
– Nie ma sprawy, Andrzejku, wytrzymam! 
Wróbel chodził cały spięty, żeby tylko tej kartki nie dostać. Pilnował się, pilnował, powtarzał sobie w głowie, że nie tym razem, aż – jeszcze przed meczem – sędzia zwrócił uwagę: 
– Proszę włożyć koszulkę w spodenki. 
A Michał – jakby porażony atakiem, którego się nie spodziewał – wybuchł: 
– Już się kurwa, chuju, nie masz do czego przypierdolić?! 
I dostał czerwoną przed pierwszym gwizdkiem.

Górną połówkę zestawienia otwiera „Szamo”, czyli trzecia i ostatnia już książka, której współautorem jest Krzysztof Stanowski. Wprawdzie redaktor naczelny portalu Weszło nie traktuje tej pozycji jako autobiografii Grzegorza Szamotulskiego, ale postanowiłem wziąć ją pod uwagę przy tworzeniu rankingu. Podobnie jak w „Spalonym” czy „Kowal. Prawdziwa historia”, również tutaj, może nawet w większej mierze, wpływ na dużą liczbę wulgaryzmów mają opowiadane przez autorów anegdoty. A że książka jest w zasadzie ich zbiorem, znalazła się na wysokim piątym miejscu.
We wspólnym dziele Grzegorza Szamotulskiego i Krzysztofa Stanowskiego dominują „kurwy”, niemal na równi z „pierdoleniem”. To pierwsza tak różnorodna pod względem wulgaryzmów lektura – nie brakuje w niej niczego, nawet określeń typu „pedał” czy „ciota”. Łączna liczba ostrych słów jest mniejsza niż w biografii Iwana, ale książka liczy mniej stron niż „Spalony”, stąd też ma zdecydowanie wyższą średnią – wulgaryzm pojawia się tutaj na niemal co drugiej stronie. Do takiego stanu rzeczy mocno przyczynił się… Kamil Grosicki, którego dotyczy poniższa anegdota opowiedziana na kartkach „Szamo”:
Życzenie trenera jest rozkazem. Kamil ściągnął mamę i tatę aż ze Szczecina, co oznacza, że musieli przejechać całą Polskę. Gdy dotarli na miejsce, okazało się, że Grosicki nie gra. Probierz najpierw poprosił o zorganizowanie rodzinnej wycieczki, a następnie posadził „Grosika” na ławce. Czyste chamstwo. 
Kamil w szatni szalał, bo to ogólnie jest chłopak z ADHD. 
Kurwa, kurwa, co my zrobimy, kurwa! Siedzę na ławce, kurwa, posadził mnie, kurwa, rodzice przyjechali ze Szczecina, a ja na ławce. Kurwa, kurwa! Biegał jak nakręcony. 
Obok spokojnie siedział Tomek Frankowski jak się okazało też rezerwowy. 
Kurwa, kurwa, Tomek, powiedz coś, kurwa! Ciebie też posadził! Kurwa, kurwa! Co robić? Co robimy? Tomek, co robimy? A Tomek na to, niespiesznie, leniwie: 
Wiesz co. Może po prostu pójdź po dwa koce, bo na ławce będzie zimno.

Tuż za podium uplasował się Roy Keane, czyli facet, który w swojej autobiografii „Druga połowa” nie oszczędził samego sir Aleksa Fergusona. Nie można się temu specjalnie dziwić, bo też Irlandczyk nigdy nie uchodził za człowieka, który w momentach złości gryzie się w język. W swojej książce były zawodnik Manchesteru United używa naprawdę ostrych słów – w stosunku do kolegów, trenerów czy prowadzonych piłkarzy. Wydaje się jednak, że wysokie miejsce w rankingu jest po prostu wynikiem jego specyfiki. Na co dzień Keane na pewno używa podobnego języka, jaki zaprezentował w swojej biografii. Wystarczy zresztą na niego spojrzeć – to nie jest gość, którego chciałoby się spotkać na swojej drodze. Szczególnie, kiedy ma zły humor...


„Druga połowa”, jak większość poprzedniczek, zdominowana została przez „kurwy” i „pierdolenie”. To dwa wulgaryzmy zdecydowanie najczęściej występujące w książce, które podnoszą średnią do wyniku 0,65. Autobiografia Keane’a to pierwsza z książek, w której przekleństwa pełnią wyraźną funkcję przerywników – w takiej formie bardzo często występuje wspomniana „kurwa”, oddzielona przecinkami. Ucieleśnieniem tego jest fragment odnoszący się do słownego pojedynku Roya z Patrickiem Vieirą w tunelu przed meczem United z Arsenalem. To nie jest raczej coś, co można by przeczytać dzieciom do poduszki:
W programie meczu przeczytałem, że Patrick wspiera działalność charytatywną w Senegalu, gdzie się urodził. Wspomniał, że bardzo chciałby tam wrócić.  
– Jeśli tak bardzo kochasz Senegal, to czemu, kurwa, nie grasz w ich drużynie? – zapytałem. 
Odpowiedział chyba jakąś błyskotliwą uwagą na temat Irlandii i Mistrzostw Świata. Pierdolenie dwóch dorosłych facetów.
– Dajcie spokój, dajcie spokój… – łagodził sędzia Graham Poll. 
– Dam, kurwa, tylko nas wypuść.

Czas na trójkę medalistów, czyli autorów zdecydowanie najostrzejszych sportowych biografii. Zapomnijcie o wszystkim, co było napisane wcześniej – podium to zupełnie inna bajka, inna liga! Na jego najniższym stopniu uplasował się Dennis Rodman ze swoją autobiografią „Powinienem być już martwy”. Pierwsza książka tego koszykarza, „Zły do szpiku kości”, była niezwykle ostra, ale w drugiej przeszedł samego siebie. Problem w tym, że w tej publikacji niewiele pisze o… sporcie. Większą część swoich wspomnień Rodman spożytkował bowiem na opis imprez, igraszek z dziewczynami i innych szalonych wyczynów. Jest niesłychanie ostro, momentami bardzo wulgarnie, co jednak na dłuższą metę jest trochę męczące. W rankingu Robak uplasował się wysoko, ale w końcu ilu jest na świecie sportowców bardziej kontrowersyjnych od niego?
PRZECZYTAJ RECENZJĘ KSIĄŻKI


„Powinienem być już martwy” to prawdziwa kopalnia różnego rodzaju wulgaryzmów. Najwięcej, tradycyjnie, „kurew” i „pierdolenia”, ale całkiem sporo też „pieprzenia”, „dup”, zwrotów odnoszących się do „srania”, „gówna” i „jebania”. Łącznie nazbierało się tego tyle, że średnia po raz pierwszy przekroczyła barierę jednego wulgaryzmu na stronę. To zdecydowanie nie jest książka dla ludzi o słabych nerwach. I feministek, o czym najlepiej świadczy taki jej fragment;
Traktuję kobietę tak, jak na to zasługuje. Jeśli pracuje jako striptizerka, to tak właśnie ją traktuję – jak striptizerkę. Jeśli ma jakiś szanowany zawód, to traktuję ją jak szanowaną kobietę. Mechanizm jest prosty, nie ma w tym żadnej tajemnicy. Jeśli traktuję cię jak kogoś, kim jesteś, to nie widzę w tym braku szacunku ani niczego poniżającego. Poniżające byłoby, gdybym potraktował cię jak kogoś, kim nie jesteś. Powiedzmy, że potraktowałbym kurwę jak niedzielną guwernantkę. Suka chyba umarłaby z głodu.


Jeśli myśleliście jednak, że Dennis Rodman w swojej autobiografii pojechał po bandzie, to jak określicie to, co zrobił Mike Tyson? 830 bluzgów na 632 stronach, zdecydowanie najwięcej, jeśli chodzi o książki sportowców, choć dało to „tylko” drugie miejsce. Pięściarz z Brooklynu w „Mojej prawdzie” przekroczył wszelkie granice przyzwoitości, a w jego wspomnieniach nie ma tematów tabu – gwałty, prostytutki, alfonsi, pobicia, kradzieże, narkotyki, grożenie bronią, molestowanie… A wszystko to okraszone dosadnym językiem, bez żadnego owijania w bawełnę. Nie, to nie jest lektura dla wrażliwych istot, a kobiety raczej nie powinny do niej zaglądać. Coś, na co mógł sobie pozwolić tylko facet, który był na samym szczycie i o mało nie przegrał swojego życia.
PRZECZYTAJ RECENZJĘ KSIĄŻKI


W warstwie językowej autobiografii Tysona wyróżniają się przede wszystkim „kurwy”, których jest blisko 200. W dalszej kolejności mamy „pierdolenie”, a potem całą gamę wulgaryzmów, których jest co niemiara. Charakterystyczną cechą „Mojej prawdy” jest na pewno fakt, że wiele z przekleństw odnosi się do relacji damsko-męskich, w czym Żelazny Mike pobił samego Dennisa Rodmana. Próbka możliwości Tysona? Niech będzie fragment „przemówienia”, które zaserwował Lennoxowi Lewisowi przed walką:
Najpierw napiąłem bicepsy, a potem złapałem się za krocze. 
– Wsadźcie go w kaftan bezpieczeństwa! – krzyknął ktoś. 
– Wsadź w kaftan swoją matkę, pierdolony białasie! Chodź tu i powiedz mi to w twarz. Zerżnę cię w dupę, ty biały śmieciu. Ty cioto! Nie masz odwagi, żeby mnie dotknąć. Pożrę cię żywcem, ty kurwo. Nikt nie będzie tu ze mną leciał w chuja. Jestem najlepszy, najlepszy. Pierdol się, dziwko! 
Shelly Finkel próbował mnie powstrzymać, ale go odepchnąłem. 
– Chodź tu i powiedz mi to w twarz! – krzyczałem dalej. – Zerżnę cię w dupę przy wszystkich. No dalej, kurwo, ty wystraszony tchórzu! Nie masz odwagi, żeby do mnie podejść. Nie wytrzymałbyś w moim świecie dwóch minut, dziwko. Spójrz na siebie, ty wystraszona kurwo. Boisz się jak zwykła cipa. Boisz się prawdziwego mężczyzny. Zerżnę cię tak, że mnie pokochasz, pedale!


Fanfary, owacje na stojąco! Czas na miejsce pierwsze i zwycięzcę niniejszego zestawienia. Prawdziwego piewcę podwórkowej mowy, mistrza słowa i pióra w jednym, profesora Miodka polskiej piłki. Panie i panowie, przed Wami Janusz ‘Wujo’ Wójcik, autor najostrzejszej sportowej biografii w historii! Myślę, że każdy, kto przeczytał wspomnienia byłego selekcjonera reprezentacji Polski zatytułowane „Wójt. Jedziemy z frajerami! Całe moje życie”, przeczuwał, że autor znajdzie się w tym rankingu bardzo wysoko. Tak też się stało, bo w książce pisanej wspólnie z Przemysławem Ofiarą wulgaryzm goni wulgaryzm. Czy jednak mogło być inaczej, skoro szkoleniowiec-autor znany jest głównie z pełnomięsistych przemów, stawiania kiełbas do góry i rąbania frajerów w kakao? Oczywiście, że nie i Wujo nie zawiódł oczekiwań czytelników. W autobiografii nie tylko pojechał po bandzie – on z tej bandy zwyczajnie wypadł, lądując jednak na cztery łapy i zapowiadając kolejną książkę.
PRZECZYTAJ RECENZJĘ KSIĄŻKI


Choć wspomnienia Janusza Wójcika nie zawierają wcale najwięcej bluzgów (niekwestionowanym zwycięzcą jest Mike Tyson), to pod względem średniej wypadają zdecydowanie najlepiej. Trener okazał się zresztą godnym konkurentem amerykańskiego pięściarza, w wielu wulgaryzmach niemal mu dorównując („dupy”, „jebanie” czy „kurwy”), a nawet go wyprzedzając („pierdolenie” czy „chuje/fiuty/kutasy”), choć pod względem objętości biografii zostawał daleko w tyle. Po raz kolejny okazało się, że Polak potrafi i trudno oprzeć mi się wrażeniu, że gdyby Wujo dowiedział się o swoim zwycięstwie, skwitowałby je w następujący sposób: „Ja, Janusz Wójcik, dotarłem do pierdolonego szczytu tego jebanego rankingu, wiec możecie mnie w trąbę pocałować”. Na zakończenie nie będzie jednak parafrazy, a tradycyjny fragment biografii. Wybór nie był łatwy, bo też napotkałem na kłopot bogactwa, ale ostatecznie padło na to:
Na początku pracy mieszkałem jeszcze w Warszawie, a do Szczecina co jakiś czas latałem – nieraz w towarzystwie Sabriego i jego uzbrojonych po uszy ochroniarzy. Bardzo często się widywaliśmy, nie tylko w celach służbowych. Spędzaliśmy dużo czasu w szczecińskim hotelu Radisson, głównie w tamtejszym kasynie. Turek uwielbiał hazard, więc i mnie namawiał, żebym pobawił się w ruletkę. Dostawałem w prezencie całe stosy żetonów. Nie pierdoliłem się – stawiałem wszystko na jeden kolor. 
– Janusz, może to rozłóż jakoś, pokombinuj – radził Sabri. 
– Pierdolę to. Albo wygram i będziemy bawić się dalej, albo idę do pokoju. Rozumiem, że wszystko już tam przygotowane? – dopytywałem, wiadomo co mając na myśli. 
– Januszku, wszystko gotowe, będziesz zadowolony – zapewniał. 
I tak było. W pokoju czekało pełne wyposażenie i towarzystwo. Czy damskie? No a jak, kurwa, inaczej, przecież chłopców nie dymałem!

To byłoby na tyle. Do, kurwa, usłyszenia!

5 komentarzy:

  1. Prześwietne zestawienie! Trochę się uśmiechnęłam, ale przede wszystkim czuję się mocno zaintrygowana :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całe szczęście, że nie urażona. ;) Ale kto przeczytał choć jedną sportową biografię, wie, że nie zawsze są one "ugrzecznione".

      Usuń
  2. Fajny, pomysłowy ranking ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Naprawdę (wiem, że inaczej nie mógłby powstać ten ranking) przewertowałeś kilkanaście książek licząc, kartka po kartce, ,,łacine,,???!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście miałem wersje elektroniczne, które ułatwiały przeszukiwanie po konkretnych słowach. ;)

      Usuń