czwartek, 20 października 2016

Alkoholowe opowieści, czyli jak piło się na kadrze

Dopiero po latach piłkarze i trenerzy zdradzają 
w swoich wspomnieniach, jak naprawdę wyglądają
zgrupowania reprezentacji.
„Alkohol w piłce był, jest i będzie”, zwykł mawiać Janusz Wójcik. Jeszcze do niedawna można było przypuszczać, że może i owszem – kiedyś w futbolu piło się dużo, ale teraz nastały czasy pełnego profesjonalizmu, więc piłkarze do kieliszka zaglądają co najwyżej okazjonalnie i to w wolnym czasie, a nie w trakcie sezonu. Po rewelacjach „Przeglądu Sportowego” dotyczących kadrowiczów Adama Nawałki okazuje się, że w tej kwestii przez lata niewiele się zmieniło. A picie alkoholu nawet na zgrupowaniach reprezentacji wciąż jest dobrym sposobem na spędzenie wolnego od meczów czasu.

„Od poniedziałku do środy obóz był jedną wielką popijawą. Wlewaliśmy tyle alkoholu, ile się dało. Nie istniało pojęcie grupek. Na dyskotekę szły 22 osoby plus masażyści. W hotelu zostawali tylko trenerzy” – pisał niedawno w swoich wspomnieniach „Powrót Taty” Radosław Kałużny, podstawowy piłkarz reprezentacji prowadzonej przez Jerzego Engela w latach 1999-2002. Musiało minąć kilkanaście lat, by kibice poznali kulisy awansu tamtej drużyny na mundial w Korei Południowej i Japonii. Kadrowicze dobrze się wtedy bawili nie tylko podczas pierwszych dni zgrupowań, ale też po wygranych meczach. „Wróciliśmy do hotelu o 23.30. Jeszcze w autobusie zapadła decyzja, że nie idziemy spać. Pół godziny później cała drużyna była gotowa” – pisze Kałużny. „– No to jedziemy pobawić się do stolicy – rzucił któryś. – Panie Kierowco, Warszawa Centrum! – dodał. Tak wylądowaliśmy w dyskotece Labirynt przy ulicy Smolnej, gdzie szaleliśmy do rana. Zawiózł i przywiózł nas autokar reprezentacji” – dodaje były piłkarz.

„Piliśmy na potęgę”
Zawodnicy ówczesnej kadry nie wylewali za kołnierz, ale tworzyli prawdziwy zespół. Bawili się wszyscy, nie wyłączając najlepszego strzelca drużyny, Emmanuela Olisadebe, dla którego próby dotrzymania kroku kolegom kończyły się zazwyczaj fatalnie. „Nie chciał odstawać od reszty, więc szybko lądował pod stołem. Potem trzeba było go odnosić. Każda impreza kończyła się tak, że nieśliśmy Emsiego jak denata. Po polsku mówił lepiej, niż pił” – puentuje Kałużny. Taki tryb „pracy” nie przeszkodził Olisadebe w zdobywaniu kolejnych goli i ostatecznie sprawił, że po 16 latach reprezentacja Polski, nie mająca w swoim składzie gwiazd pokroju Roberta Lewandowskiego czy Grzegorza Krychowiaka, awansowała na mundial. W eliminacjach polegała tylko raz, przegrywając w Mińsku 1:4 z Białorusią. „Skoro mieliśmy już awans, mogliśmy ruszyć w tango” – zdradza po latach kulisy tamtego meczu Kałużny. „To, co prasa nazwała hańbą, dla naszego zespołu było najzwyczajniejszym skutkiem radości po pokonaniu Norwegów” – pisze, potwierdzając tym samym przypuszczenia, że Polacy do meczu podeszli zbyt rozluźnieni.

To jednak nie skłonność do zabawy stała się początkiem końca tamtej drużyny. Brakowało wstrząsu, bo piłkarze zbyt szybko uwierzyli w swoją wielkość. „W pewnym momencie atmosfera sukcesu stała się toksyczna. Było za słodko. Wydawało nam się, że jesteśmy panami świata” – opisuje były reprezentant Polski. Do tego coś zaczęło się psuć również od środka. Konflikty, wcześniej rozwiązywane „przy kieliszku” lub podczas gierek treningowych, teraz zaczęły przedostawać się do mediów. „Do mundialu panowała hermetyczność – z szatni nie wychodziły żadne informacje. Z czasem okazało się, że coraz więcej kolegów pierze brudy przy użyciu prasy” – pisze „Tata”. Brzmi znajomo? W Azji reprezentacja nie była już tą samą drużyną co w eliminacjach i po dwóch meczach piłkarze mogli pakować walizki. Gdy Engel zakomunikował, że Kałużny, Tomasz Hajto i Piotr Świerczewski w trzecim spotkaniu już nie zagrają, ci zamknęli się w pokoju i zafundowali sobie reset. „Piliśmy na potęgę”, pisze ten pierwszy. Trójka piłkarzy zadbała jednak o rozluźnienie atmosfery w zespole. Ich koledzy pokonali w ostatnim meczu Stany Zjednoczone 3:1.

Taniec na stole i parodiowanie selekcjonera
Podobnie zakończyły się dla Polaków kolejne mistrzostwa świata, rozgrywane cztery lata później w Niemczech – dwie porażki i szybki koniec marzeń, a na otarcie łez zwycięstwo, tym razem z Kostaryką. Selekcjonerem reprezentacji był już wtedy Paweł Janas, ale jeśli chodzi o zwyczaje panujące w drużynie narodowej, niewiele się zmieniło. „Janas nie wprowadzał wielkich porządków” – komentuje Kałużny. Jak pisze w swojej książce piłkarz, właściwie jedyną zmianą była organizacja zgrupowań we Wronkach, co niespecjalnie było zawodnikom na rękę. „Musieliśmy się nieźle nakombinować, żeby gdzieś wyskoczyć”. Dla chcącego nic trudnego – reprezentanci potrafili zorganizować sobie czas, dlatego Janas doszedł do wniosku, że musi swoich podopiecznych przypilnować. „Wymyślił, że już od pierwszego dnia zgrupowania będziemy mieli wyznaczone godziny” – wspomina „Tata”. „Po meczu w Austrii razem z Artkiem Borucem musieliśmy wrócić do hotelu we Wronach najpóźniej o 1 w nocy”. Jak łatwo się domyślić, zabawa nieco się przedłużyła i piłkarze w recepcji pojawili się spóźnieni o… cztery godziny. Jakby tego było mało, natknęli się na selekcjonera. „Wchodzimy, a tam Pawka. Siedzi przy recepcji”. Tym razem jednak Kałużnemu i Borucowi się upiekło. „Janas ani drgnął. (…) Solidnie się znieczulił i zasnął chłopina. Słodki widok” - wspomina po latach ówczesny zawodnik Bayeru Leverkusen.

Według niego mniej szczęścia mieli za to inni reprezentanci: Jerzy Dudek i Piotr Włodarczyk. „Paradowali kompletnie urżnięci na stole. Parodiowali selekcjonera. Udawali, że są Janasem i mówili tak jak on. Było już koło godziny 5-6”. Jak utrzymuje Kałużny, ta para bawiła się na tyle dobrze, że zupełnie nie zauważyła, jak do pokoju wchodzi selekcjoner. To, co zobaczył, niezbyt mu się spodobało. „Janas tak się wściekł, że trening zaplanowany na przedpołudnie był bardzo ostry. (…) Włodara nigdy więcej nie powołał. Dudzio miał trochę zbyt mocną pozycję, by tak po prostu go skreślić” – wspomina pomocnik. Nieco inaczej tamten wieczór zapamiętał natomiast Dudek. W wydanej w 2015 roku książce „NieREALna kariera” pisze: „Po meczu eliminacyjnym w Austrii grupa starszych zawodników poprosiła trenera, by pozwolił nam skoczyć na miasto na piwko, trochę odreagować. (…) Każdy rozumiał wagę następnego spotkania z Walią za cztery dni, (…) wiedzieliśmy, że nie wolno pójść w miasto, choć dwóch chłopaków przyszło wtedy później”. Polski golkiper ma tutaj na myśli zapewne właśnie Boruca i Kałużnego, choć swoje zachowanie tamtej nocy przedstawia zupełnie inaczej: „Siedziałem z trenerem prawie do rana i rozmawialiśmy nie tylko o piłce. Opowiadał mi o sprawach rodzinnych, przykrych przeżyciach związanych ze zdrowiem” – opisuje bramkarz Liverpoolu, nie wspominając o alkoholu czy tańcach na stole. Niezależnie od tego, co działo się tamtej nocy w hotelu, należy dodać, że mecz z Walią Polacy wygrali 3:2.

Dwie palety piwa podczas jednego zgrupowania
Jak przekonuje w swej książce Kałużny, za Engela piło się sporo, na co przymykał oko selekcjoner, za Janasa piłkarzom też zdarzały się wypady na imprezy między meczami, ale to wszystko było niczym w porównaniu z tym, co działo się na zgrupowaniach za czasów Janusza Wójcika. „Poza kilkoma odchyleniami od normy zgrupowania za Wójcika ograniczały się do chlania. W porównaniu z innymi selekcjonerami o zaciągniętym hamulcu nie było mowy” – zdradza piłkarz, który u „Wójta” dopiero przedzierał się do kadry (zagrał tylko w sześciu spotkaniach), więc o okresie współpracy z tym trenerem nie pisze w swoich wspomnieniach zbyt wiele. Opowieść o tamtych czasach kończy jednoznacznie: „Podczas jednego zgrupowania potrafiliśmy opróżnić dwie palety piwa”. Można by pomyśleć, że zawodnik przesadza, ale sam Janusz Wójcik potwierdza, że nie był wielkim przeciwnikiem picia alkoholu przez piłkarzy. W książce „Wójt. Jedziemy z frajerami!” pisze: „Jeśli zawodnik jest wytrenowany, to wieczorny browarek czy łycha naprawdę nic złego mu nie zrobi. Gorzej, kiedy nawali się tak, że traci kontakt z rzeczywistością” – wyjaśnia swoje podejście były selekcjoner.

Trudno oczekiwać od „Wójta” innej postawy, jeśli w swoich wspomnieniach otwarcie przyznaje, że jemu również zdarzało się „odrobinę znieczulić” przed pierwszym gwizdkiem sędziego. „W grę najczęściej wchodził koniaczek, który wypijałem ze sztabem szkoleniowym”. Ekipa trenerska Janusza Wójcika znieczulała się przed zawodami, a nawet… w ich trakcie! „Masażysta Zbigniew Korolkiewicz miał za zadanie przygotować specjalny roztwór alkoholowy do napełnienia bidonów, by nie zabrakło napitku podczas meczu” – pisze trener w autobiografii. Do legendy przeszła już historia o spragnionym piłkarzu, który pomylił bidony i zamiast wody, łyknął sobie w trakcie jednego ze spotkań ów „roztwór”. Po tych wyznaniach selekcjonera opowieści Radosława Kałużnego o wózku z minibarem zamawianym do hotelu i „niewyobrażalnych ilościach” alkoholu, które na zgrupowaniach za Wójcika wlewali w siebie piłkarze, nie brzmią już tak nieprawdopodobnie…

„Druga para butów”
Tym bardziej, że wersję „Taty” potwierdza Wojciech Kowalczyk, jedna z gwiazd ówczesnej kadry. W latach 1997-1999, kiedy reprezentację prowadził Wójcik, zawodnicy podczas przedmeczowych zgrupowań spali najczęściej w centrum Warszawy. „Tradycyjne, reprezentacyjne przywitania w «Sobieskim» robiliśmy w pokojach. Na dole nie można było, bo wszędzie szwendali się dziennikarze” – pisze piłkarz we wspomnieniach „Kowal. Prawdziwa historia”, które ukazały się w 2003 roku. „Później, gdy poszła plotka, że kadrowicze się bawią, każdy miał przykazane przywozić coś w torbie obok butów piłkarskich – żeby nie wzbudzać podejrzeń i nic nie kupować na miejscu”. Napastnik występujący wówczas w Realu Betis, miał związany z tym stały zwyczaj: „Zawsze wstępowałem do strefy bezcłowej i brałem jedną buteleczkę czarnego «Jasia». Podobnie robili inni – «druga para butów»”. Do tego momentu wersje obu piłkarzy zgadzają się w stu procentach, tym bardziej, że „Kowal” również wspomina wózek z minibarem zamówiony pewnego razu do pokoju. O ile jednak Kałużny mówi o „chlaniu” na zgrupowaniach, Kowalczyk ocenia to zupełnie inaczej: „Zawsze było spokojnie” – podkreśla.

W błędzie jest jednak ten, kto myśli, że alkohol w kadrze pojawił się za czasów Janusza Wójcika. „Stałą tradycją w reprezentacji są wieczorki powitalne. (…) jeśli nie wiedziało się kolegi przez kilka miesięcy, to trzeba z nim porozmawiać trochę dłużej niż podczas posiłku. Szczególnie pierwszej nocy” – to już „Kowal” o drużynie narodowej za czasów Henryka Apostela, czyli w latach 1993-1995. Jak zaznacza piłkarz, niektórzy koledzy przyjeżdżali na kadrę później, więc „wieczorki powitalne” nieco się przedłużały, gdyż każdy musiał zostać podjęty z tymi samymi honorami. „Jeśli mecz był w środę, kończyliśmy koło poniedziałku. I tak przez kilka dni można było wystarczająco się «nagadać»”, wspomina napastnik. Zawodnicy nie ułatwiali zadania Apostelowi w czasie jego kadencji, imprezując w trakcie wakacyjnego wypadu do Brazylii na mecz z „Canarinhos” (porażka 1:2) czy przed meczem eliminacji mistrzostw Europy z Francją (1:1). Selekcjoner próbował przechytrzyć piłkarzy i zorganizował wtedy zgrupowanie pod Otwockiem, ale kadrowicze… zamówili sobie taksówki i ruszyli do Warszawy. Kowalczyk podkreśla jednak, że „tamtej nocy nikt nawet się nie upił”, co wydaje się jasno określać możliwości ówczesnej drużyny narodowej.

Nieprzytomny Kowalczyk
Wojciech Kowalczyk debiutował w reprezentacji u Andrzeja Strejlaua i, nie będzie to chyba zaskoczeniem, już na drugim zgrupowaniu wziął udział w swoim premierowym „wieczorku zapoznawczym”. Niespełna 20-letni piłkarz chciał pokazać kolegom, jak pije się na Bródnie, ale… dosyć szybko poległ. „Błyskawicznie mnie trzepnęło! Inni jeszcze dobrze «z białą» nie wystartowali, a Kowal nieprzytomny. Skończyło się, że nie ja Tarasiewicza, ale on mnie razem z Kosą zanieśli nieprzytomnego do pokoju”. Swoją wartość piłkarz Legii udowodnił nieco później, podczas innego zgrupowania. Jak pisze we wspomnieniach, Roman Kosecki przyszedł do niego do pokoju i zaprosił na spotkanie ze starszyzną. Polecił też młodszemu koledze zabranie ze sobą całej zawartości barku. „Kowal” początkowo wziął tylko piwo, a dopiero wyśmiany przez kolegę poznał tajemny przepis: „Bierze się całą zawartość wszystkich możliwych barków – cokolwiek, co tylko jest cieczą – i wlewa do wspólnego pojemnika, na przykład wiadra”, pisze w autobiografii. „Wychodzi z tego wyśmienity, wyjątkowo poniewierający koktajl, który wywołuje nieludzkiego kaca…”. Wchodzący do kadry piłkarze, także za kadencji Strejlaua, musieli w ten sposób udowodnić swoją wartość. Niekoniecznie tę boiskową…

„Kowal” miał okazję grać u jeszcze jednego selekcjonera – Antoniego Piechniczka, gdy ten po raz drugi objął reprezentację Polski w latach 90. Były piłkarz nie ma jednak o trenerze ze Śląska zbyt dobrego zdania – trudno, żeby było inaczej, skoro panowie mieli jawny konflikt, który skończył się tym, że Kowalczyk wystąpił u Piechniczka tylko cztery razy. „Nie czułem się dobrze w tej kadrze, bo wiedziałem, iż jestem niechciany” – wspomina zawodnik. Być może właśnie dlatego o balangach w kadrze za czasów słynącego z twardej ręki szkoleniowca napastnik we wspomnieniach nie pisze niemal wcale. Nie oznacza to jednak, że Piechniczek był tym, który potrafił utrzymać zespół w ryzach. Podczas jego pierwszej kadencji na stanowisku selekcjonera doszło do skandalicznego wydarzenia, przy którym „wyczyny” kadrowiczów Adama Nawałki jawią się niczym niewinne błahostki. O tej historii, mającej miejsce w trakcie Mistrzostw Świata w Hiszpanii w 1982 r., dopiero po latach w swojej autobiografii „Spalony” opowiedział Andrzej Iwan.

„Drużyna trenowała, my rąbaliśmy w pokera”
„Przed zbliżającym się meczem ze Związkiem Radzieckim Młynarczyk nie trenował już dwa dni i miał dość kiepskie alibi. Na pytanie, co robił, mógł odpowiedzieć tylko w jeden sposób: «Razem z ‘Groźnym’ graliśmy w karty, piliśmy alkohol i paliliśmy papierosy…»”. Jeśli ktoś myślał, że trzecie miejsce na mundialu w Hiszpanii w 1982 r. okupione było wyłącznie potem wylewanym na treningach, po przeczytaniu książki Iwana doszedł do tego, w jak wielkim żył błędzie. Autor wspomnień był usprawiedliwiony – kontuzja złapana już na początku mistrzostw wykluczyła go z gry, więc on mógł, jak sam pisze, „wylegiwać się na basenie, popijać whisky i rąbać w pokera”. Józef Młynarczyk, pierwszy bramkarz reprezentacji, raczej nie mógł sobie na to pozwolić, ale i on doszedł do wniosku, że lepsza gra w karty niż trening. Zwłaszcza, kiedy ma się ogromną chęć odegrania za ponoszone ciągle przy stole porażki. „Zaczęliśmy ciąć jeszcze przed meczem z Peru, natomiast między spotkaniami z Peru a Belgią i zwłaszcza później między Belgią i ZSRR karty pochłonęły nas totalnie” – wspomina Iwan. „Kiedy w nocy zamiast spać, Józek chciał rozdawać, trochę się zdziwiłem. Gdy następnego dnia zamiast iść na trening, ciągle licytował – byłem zdziwiony podwójnie” – dodaje.

Cała historia doczekała się jednak szczęśliwego finału. Na trzy dni przed meczem o półfinał mistrzostw świata (!) z ZSRR (!!) „Ajwen” doszedł do wniosku, że należy jednak dać wygrać w karty Młynarczykowi, by ten w końcu się przespał, dołączył do kolegów i wybiegł na boisko. Tak właśnie się stało, a bramkarz nie puścił w meczu z „bratnim narodem” bramki i pomógł reprezentacji Polski awansować dalej. Nie był to jego pierwszy wybryk z alkoholem w tle – w 1980 roku, kiedy kadrę prowadził jeszcze Ryszard Kulesza, to właśnie ostro zakrapiana noc Józefa Młynarczyka spędzona w towarzystwie jednego z dziennikarzy spowodowała lawinę zdarzeń, których konsekwencją było zwolnienie selekcjonera i zawieszenie, oprócz golkipera, trzech innych piłkarzy: Stanisława Terleckiego, Władysława Żmudy oraz Zbigniewa Bońka. „Wszyscy go znali i wiedzieli, że tak jak kiedyś Kaziu Deyna w Legii, tak Józek w Widzewie potrafi zniknąć na kilka dni, by jak gdyby nigdy nic wrócić na trening, a w najbliższym meczu być… najlepszym na boisku” – tak swojego kolegę z reprezentacji opisuje w książce „Pele, Boniek i ja” Stanisław Terlecki, jeden z bohaterów słynnych wydarzeń nazwanych później „aferą na Okęciu”. „Wszyscy, zarówno w klubie, jak iw PZPN-ie wiedzieli o tym, tolerowali te grzeszki, ale robili to tylko do tego momentu, kiedy było im wygodnie” – zaznacza piłkarz.

Deyna wyprowadził Górskiego z równowagi: „Koniec z tym!”
Skoro padło już nazwisko Kazimierza Deyny, jednego z najlepszych piłkarzy w historii polskiego futbolu, trzeba przypomnieć, że on też do świętych nie należał. Jak opowiada w swojej autobiografii „Diabeł nie anioł” Andrzej Szarmach, to właśnie zachowanie „Kaki” sprawiło, że pierwszy raz widział naprawdę wściekłego Kazimierza Górskiego. Akcja działa się w 1975 roku, kiedy trzecia drużyna świata odbywała tournée po Stanach Zjednoczonych. Tuż przed wylotem do Sofii, gdzie Polacy mieli rozegrać jeszcze jeden mecz, w hotelu zjawił się Jerry Panek, były piłkarz Lechii Gdańsk. „Przyniósł, jak to mówiliśmy, «ucho whisky», czyli taką dwuipółlitrową butelkę. Położyliśmy się na trawce przy hotelowym basenie i sobie polewaliśmy”, opisuje „Diabeł”. Zawodnik mieszkający w Stanach zjawił się również na lotnisku, gdzie przekazał Deynie… kolejne „ucho”! „Jedziemy do hotelu, większość mocno «wczorajsza», a Kazik, który siedział z tyłu, mówi, że z tą butelką trzeba coś zrobić”, tłumaczy Szarmach. „Zaczął polewać. A na drugi dzień mecz. Jak to zobaczył Górski, przyszedł od nas natychmiast na tył autobusu, chwycił butelkę , wystawił za okno i wszystko wylał, krzycząc: «Koniec z tym!»”.

Zresztą już w trakcie mundialu w Niemczech, gdzie „Orły Górskiego” zdobyły srebrny medal, doszło do alkoholowego incydentu. Po meczu z Włochami Adam Musiał pojawił się w hotelu wieczorem po wyznaczonej godzinie, „w dodatku w stanie wskazującym na spożycie czegoś mocniejszego”, jak opisuje w książce „Deyna. Geniusz futbolu, książe nocy” Wiktor Bołba. Selekcjoner poczekał aż głosy podpowiadaczy, który sugerowali odesłania piłkarza do kraju, ucichną, po czym odstawił go od składu w kolejnym spotkaniu ze Szwecją. Co ciekawe, jak twierdzi biograf Deyny, niewiele brakowało, by los Musiała podzielił kapitan reprezentacji. „Kaka” również się spóźnił, ale „oddech miał świeży jak niemowlę”, jak pisze Bołba i właśnie to go uratowało. Górski w takich sytuacjach wykazywał się zawsze zdrowym rozsądkiem, pozwalając piłkarzom na więcej, gdy widział, że tego potrzebują. „Przy którejś kolacji Górski, wstając od stołu, powiedział: - Jutro śniadanie o dziesiątej. – I wyszedł z sali”. Tak zachowanie trenera podczas ciężkich przygotowań do Igrzysk Olimpijskich w Montrealu wspomina Szarmach. Gdy atmosfera w kadrze gęstniała z każdy dniem, Górski wiedział, że piłkarzom potrzebny jest wieczór na odreagowanie. „Następnego dnia na treningu miał spokój i oczyszczoną atmosferę” – kwituje „Diabeł”.

Młynarczyk do Piechniczka: „Spierdalaj stąd!!!”
Jak widać, alkohol w trakcie zgrupowań reprezentacji Polski nie jest niczym nowym. Piło się w latach 70., 80. i 90., piło się z pewnością wcześniej, pije się także obecnie. Piło się po meczach, przed nimi, a nawet w trakcie wielkich turniejów, co nie przeszkadzało zawodnikom w występach na boisku i nie stanęło na przeszkodzie do osiągnięcia historycznych sukcesów. Jak do picia w kadrze podchodzili jednak kolejni selekcjonerzy? Kazimierz Górski starał się zawsze postępować rozważnie. Jak cytuje Szarmach, zwykł mawiać: „Przecież to są dorośli ludzie. Mam sprawdzać, o której idą spać i gasić im światło? Oni wiedzą, co mają robić”. Podobne podejście stosowali także inni trenerzy, chociażby Janusz Wójcik, który w swojej autobiografii pisze: „No co się patrzycie? Idźcie do baru, zamawiajcie! – strofowałem moich piłkarzy, kiedy podczas zgrupowań schodziłem do restauracji i widziałem konsternację chłopaków. Niektórzy uciekali, inni chowali kufle pod stołem. A ja miałem zasadę – jeśli pozwalam pić, to nie robię im awantur”. Gdy jednak piłkarze nadużyli zaufania Górskiego czy Wójcika, ci starali się reagować, trzymając zespół w ryzach.

Historia pokazuje, że w przypadku alkoholowych ekscesów wiele zależało zazwyczaj od tego, kto podpadł selekcjonerowi. Jeśli był to pupilek trenera lub piłkarz dla niego ważny, szkoleniowiec bywał bardziej pobłażliwy. „Siedziałem półprzytomny na schodach. Wracałem chyba z jakiejś dyskoteki. Towarzyszyła mi całkiem ładna pani. (…) aż tu nagle pojawia się Engel: - Kałużny, czy ja cię kiedyś nie złapię? – zapytał spokojnie. Nic więcej, po prostu zadał pytanie” – wspomina „Tata”, który u Engela mógł liczyć na szczególne traktowanie. Podobnie jak Józef Młynarczyk u Antoniego Piechniczka. Kiedy bramkarz nie pojawiał się na treningach przed wspomnianym meczem z ZSRR w trakcie Mistrzostw Świata w Hiszpanii w 1982 roku, bo był zajęty grą w karty, szkoleniowiec odwiedził „pokój gier”: „– Józek… – zagadał nieśmiało do swojego pupilka. – Spierdalaj stąd!!! – wydarł się na całe gardło «Młynarz», jednoznacznie dając do zrozumienia, że priorytety się trochę zmieniły: poker ważniejszy od piłki nożnej. Piechniczek uszanował prośbę i spierdolił. Bezszelestnie”. Tak stosunki na linii Młynarczyk-Piechniczek opisuje w swojej książce Andrzej Iwan.

Ciche przyzwolenie
Zdarzali się jednak tacy selekcjonerzy, którzy próbowali kontrolować piłkarzy. Zazwyczaj nie wychodziło z tego nic dobrego. Należał do nich Jacek Gmoch, ale powiedzieć, że za jego kadencji w reprezentacji Polski panowała dobra atmosfera, byłoby lekkim nadużyciem. Mówiąc krótko, piłkarze za „Szczęką” nie przepadali. Andrzej Szarmach wspomina, że gdy po jednym z meczów wraz z Kazimierzem Deyną sączył sobie piwo w hotelowym barze, podszedł do nich Gmoch i zapytał, czy już im nie wystarczy? „Jacek, nie lubię, jak węże pierdzą” – taką odpowiedzą poczęstował trenera lider kadry. „Wszystko musiał wiedzieć. O której wychodzimy i o której wracamy – pełna kontrola. Zero luzu czy swobody” – wspomina Gmocha Szarmach. Nieco inaczej widzi to Andrzej Iwan: „Zgrupowanie kadry zawsze zaczynało się od wieczorku zapoznawczo-refleksyjnego. Co tam w domu, co tam w klubie, omawianie kolejki, plotki. Obojętnie, kto był trenerem – piło się. Jacek Gmoch pozwalał, Rysiu Kulesza albo jechał do domu, albo wypełniał kartki pocztowe, (…) Piechniczek też nie zabraniał”. Tak więc choć trenerzy mieli do niego różne podejście i różne granice tolerancji, od zawsze istniało w reprezentacji przyzwolenie na alkohol.

Jak więc odebrać to, o czym dowiedzieliśmy się niedawno z łamów „Przeglądu Sportowego”? Chyba nie ma sensu robić z tego wielkiej afery, bo tak naprawdę gra w karty przy piwie w porównaniu z wymienionymi wyżej „wyczynami” wypada dosyć blado. Reprezentacja Polski Adama Nawałki oba mecze – z Danią i Armenią – jednak wygrała, zgarnęła komplet punktów, jest na dobrej drodze, by awansować na mundial. Nic nie zostało zaprzepaszczone. Jak pokazują wcześniejsze przykłady, piłkarze pili, piją i zapewne pić będą, także na zgrupowaniach. Można jedynie mieć pretensje do dziennikarzy, którzy jeszcze niedawno przekonywali wszystkich wokół, że obecni reprezentanci Polski mają w głowie tylko piłkę i grzecznie kładą się do łóżek o 21.00 . Owszem, nie można generalizować, bo są zawodnicy, którzy prowadzą się super-profesjonalnie, jak Robert Lewandowski, ale przecież także poprzednie drużyny miały takich piłkarzy, by wymienić tylko Włodzimierza Lubańskiego czy Adama Nawałkę. Tak więc nie ma co dramatyzować. Ostatnie rewelacje wcale nie były zaskakujące – na zgrupowaniach reprezentacji działy się już dużo gorsze rzeczy. A całą prawdę o tym, co niedawno działo się w hotelu DoubleTree by Hilton w Warszawie, poznamy zapewne za kilka lub kilkanaście lat, gdy któryś z obecnych kadrowiczów zdecyduje się na szczerą książkę.

4 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. Dzięki! Trochę się naszukałem, ale przy okazji odświeżyłem sobie kilka książek. ;) Więc chyba było warto!

      Usuń
  2. A pierwszy przypadek picia ,,na kadrze,, który znam, to lipiec 1936 i przygotowania do Olimpiady w Berlinie. Kadra miała wtedy zgrupowanie na Fortach Bema, a wieczorem, czasami, chodziła do kina, i podczas takiego wypadu raz ,,zaginą,, Wilimowski. Odnalazł się nad ranem, kiedy sam Kałuża odprowadził go na dworzec i zapakował w pociąg do Katowic. Efekt - brak Złota!

    OdpowiedzUsuń